5 dni później, czyli z Holandii na Pomorze Zachodnie

Pierwsze, co przyszło do głowy gdy usiadłam do sklejenia historii z tego przejazdu, to krótka rozmowa jeszcze w Wisełce o podróży z Holandii do Polski na jednego strzała z pewnym napotkanym turystą. Później wróciły niezliczone już trasy pokonane Busem Pełnym Przygód i nie tylko, których na przestrzeni ostatnich lat było co najmniej kilkanaście. W towarzystwie i bez. Wszystkie w większości na jednego strzała, dopiero od kilku kursów zaczęłam dzielić drogę na 2. Bo… mogę i dzięki temu jestem w stanie za każdym razem odkrywać inny skrawek tej niby monotonnej, znanej drogi.

TETem z Borkum za Groningen

Stałyśmy z Cyferką na stacji benzynowej w Eemshaven, na jednym z wyraźnych końców najbardziej płaskiego kraju Europy, mając przed sobą do pokonania trasę ponad 1200 km, bo nie autostradami, kilka dni pracy pomiędzy kilometrami trasy, już pełny bak i wyjątkowo piękny początek jesieni.

Na początek trasy wybrałam odcinek TET, którego nie udało się zrealizować w trakcie wcześniejszego przejazdu. Wtedy przegoniła mnie pogoda. Tym razem miałam lepszą aurę zdecydowanie więcej czasu i nawet już ogarnięty nocleg na kolejne dni, dyktowany gotowością do pracy. Oczywiście nie od samego Borkum, bo na wyspę nie dotarłyśmy, ale mniej więcej od miejsca, gdzie dokuje prom.

I rzeczywiście pomięty wcześniej odcinek okazał się ciekawym fragmentem tego średnio-atrakcyjnego dla poza asfaltowego entuzjasty kraju. Już od startu wpakowałyśmy się z Cyferką w mokre pole, za chwilę błoto oraz nieoczywiste przejście kolejowe, które zdaje się być dostępne dla motocykli tylko za przyzwoleniem sympatyków TET. Świetny odcinek i o dziwo zaskakująco mało jak na tę część Europy przeklętego asfaltu. Udało się też znaleźć trochę lasu, który nawet przypominał wyglądem las, a nie jedynie zagubione pojedyncze drzewa gdzieś wzdłuż drogi. Dalsze odcinki trasy pokazały, że w tym małym płaskim kraju jest miejsce dla wszystkich.

O tym, że Holandia jest rowerowa, nie trzeba wspominać, ale o tym, że wzdłuż wyraźniej ścieżki rowerowej schowanej w polach między wioskami ciągnie się piaszczysta motocyklowa autostrada już warto! Czyli jednak można połączyć ścieżki i wycieczki rowerowo-motocyklowe. Taki mały kraj, a jednak udało się wygospodarować miejsce dla wszystkich!

Granicę minęłam około 170 kilometrów później w okolicy Bourtange, choć jadąc autostradą czy krajowymi drogami teoretycznie powinnam była już być na miejscu docelowym. Z Cyferką jednak skutecznie omijałyśmy główne drogi na tyle, ile to było możliwe. Gdzieś w międzyczasie poszukiwałam stacji, żeby nie tankować na ostatnią chwilę, no ale jechało się tak przyjemnie, że no jeszcze kawałeczek… Gdzieś tam przy robieniu zdjęcia zauważyłam wiadomość od nieznajomego na Messengerze. Nie mam w zwyczaju odczytywać takich wiadomości, a tym bardziej w trasie, zostawiłam sprawę…

Z przygodami!

Dopiero na kolejnym przystanku, który odwlekałam kilkanaście kilometrów i już po zatankowaniu na stacji benzynowej w Borger, czyli po tych mniej więcej pierwszych 200 km zorientowałam się, że… nie mam dokumentów!

Najpierw kieszeń później saszetka, jeszcze raz tym razem druga kieszeń, znów saszetka. Kolejny raz pierwsza kieszeń i jeszcze raz saszetka, ostatni raz druga kieszeń. To nie miało sensu, przestałam się oszukiwać. Dokumentów nie było. Papiery od motocykla, prawo jazdy, dowód osobisty, strzępek gotówki i karty rozpłynęły się na przestrzeni ostatnich 200 kilometrów… 

Na translatorze napisałam pani z obsługi informacje, że zgubiłam dokumenty i zaraz zapłacę. Pani po przeczytaniu zabrała telefon. No cóż, może takie są zwyczaje w tej części Europy? Niemniej, pozostało ściągnąć bagaż dostać się do asekuracyjnej saszetki, zapłacić, a nawet po upomnieniu udało się odzyskać telefon. Na początku zablokowałam karty, później chciałam jeszcze zablokować dowód, ale jak to bywa w takich sytuacjach… hasło nie pasowało. Zresetować nie mogłam, bo ten zabieg należało potwierdzić dowodem tożsamości. Zrezygnowałam, nie wiedząc, czy byłam bardziej wściekła, rozczarowana czy zawiedziona, że nie pamiętałam hasła.

Ten przystanek miał wyglądać zupełnie inaczej, ale kawę już odpuściłam. Analiza aktualnej sytuacji, która w zasadzie okazała się nie aż tak beznadziejna. Nadal miałam paszport i zapasowe karty… Telefon do domu, trochę do przyjaciół, ot takie podzielenie się średnio przyjemnym doświadczeniem. Wreszcie pomyślałam, że może warto wrzucić info na grupę TET. Większość odcinka do tej pory biegła tą znaną trasą, dopiero w okolicach Exloo odbiłam w stronę granicy. Na drodze nie spotkałam ani jednego motocyklisty, ale może jakimś cudem ktoś dokumenty przypadkiem znalazł? Marne szanse, ale nie miałam nic do stracenia. Na koniec jeszcze przypomniała mi się tajemnicza wiadomość od nieznajomego – eh zobaczę. Chwilowa radość z wyjazdu i tak została zagłuszona i nie chciało się rychło ruszać dalej… Tu też nie miałam nic do stracenia…

A wiadomość brzmiała tak:

„Did you lose your ID card / drivers license and 2 creditcards. Along with the papers for a motorcycle? You can pick them up at rondeboslsan 24 in delfzijl. It is a boels rental store”

Czasem mam wrażenie, że to Dziadek Antonii niezmienne czuwa nade mną gdziekolwiek i czymkolwiek nie jadę. To nie pierwszy raz, kiedy przydarzają się jakieś niewytłumaczalne cuda. 

Odzyskanie dokumentów okazało się dość skomplikowaną misją, ale jednak wykonalną. Jeszcze tego samego wieczoru otrzymałam zdjęcia zaginionych dokumentów i informacje o ich zabezpieczeniu.

Ja byłam już zbyt daleko od miejsca, gdzie przebywały dokumenty a może nie tyle, ile daleko, a ograniczał mnie czas, który już gonił do pracy i jeszcze kolejne kilometry przede mną. Z pomocą przyszedł, choć nie dosłownie Nathanel – dobry człowiek, z którym mam przyjemność pracować. Nathanel będąc około 20 min drogi od wspomnianego Delfzji zszedł ze statku i znalazł na parkingu osobę z samochodem, która mogłaby zawieźć go do miejscowości obok. I tak zdążył odebrać dokumenty, jeszcze przed zamknięciem sklepu a te wróciły na statek…

Jak okazało się z późniejszej rozmowy z tajemniczym nieznajomym z Messengera, dokumenty zostały zgubione i znalezione wcale nie na trasie TET, ale właśnie na stacji benzynowej w Eemshaven, czyli dokładnie przy pierwszym tankowaniu… Mnie na finał tej historii i niewątpliwie przygodny start, pozostało jeszcze wygospodarować kolejne miejsce w bagażu i zapakować nieproszony stres związany z brakiem papierowych wersji dokumentów na dalszą część podróży.

Słowa, które padły od Martina, który znalazł dokumenty, też warto przytoczyć. Powiedział, że doskonale zdaje sobie sprawę jak dużo kłopotów, mogą sprawić zgubione ważne dokumenty i jak wiele zachodu może kosztować wyrobienie nowych… Dodając, przy tym, że życzyłby sobie, jeśli to jego by ta sytuacja spotkała, żeby ktoś zrobił dokładnie tak samo. I rzeczywiście ciężko nie przyznać mu racji. Do mnie wyraźnie docierało, że nie byłabym w stanie wyrobić nowych dokumentów przed kolejnym wyjazdem do Holandii i zdecydowanie to duże szczęście spotkać na drodze ludzi dobrych i pomocnych. Wierzę, że dobro wraca.

Czwartek przywitał mnie wyjątkowo szybko. Kolejne 2 dni spędziłam w pracy, a wieczorami w głowie klarowała się weekendowa wycieczka po okolicy, na którą mogłam sobie pozwolić jeszcze przed opuszczeniem okolic Bremen…

***

Przystań…

Przez połączenie pracy i podróży wyjątkowo narzucałam tempo wyjazdu, czego zwykle staram się nie robić. Okazało się, że planowane 220 km od granicy Holandii do punktu docelowego w Niemczech, to nawet nie ½ całej trasy. Bo około 200 km wyszło przez samą Holandię… 300 to dużo, ale około 450 to tym bardziej za dużo jak na jeden spokojny dzień. A dokładnie tak wyglądała ostatnia środa, czego efektem były zgubione dokumenty. Kolejne 2 dni wycięte z wyjazdu z powodu pracy. Znów na pełnych obrotach… Trochę gorsza pogoda. Nawet gaz w kuchence dawał znać, że jest zimniej i może go nie wystarczyć do końca wyjazdu. A to właśnie teraz był najbardziej potrzebny… Podobnie jak niedziałające gniazdo ładowania telefonu… Zatęskniłam za moją benzynową kuchenką, której tym razem nie zabrałam.

Ochoczo planowany weekend okazał się idealnym momentem na brakujący odpoczynek. Uzupełnienie zapasów, ogarnięcie usterki – albo przynajmniej jej próbę. Przeorganizowanie bagażu, małe pranie… poleżenie, po nicnierobienie, poczytanie książki, obejrzenie filmu i zaplanowanie trasy na najbliższy odcinek. Naładowanie baterii przed kolejnym etapem podróży poszło pomyślnie i było zdecydowanie dobrą decyzją.

Znów dopadły mnie 2 dni pracy, aż wreszcie nastąpiła wyczekiwana środa. Pogoda przez kilka dni wskazywała, że w środę od rana będzie padać i dopadnie nas jesienne aura… Tymczasem rano przywitało nas pełne słońce, które tak naprawdę towarzyszyło aż do zameldowania się nad Jeziorem Rosnowskim. Tylko chłodny, czasem silny wiatr dawał wyraźne sygnały, że nastała kolejna pora roku.

***

Znów przez 3 rzeki – Żegnaj Zachodzie!

Opcje, by wydostać się spod Lemwerder były co najmniej 2. Pierwsza to wskoczyć na autostradę nr 1 jeszcze po południowej stronie rzeki Wezera i przedostać się nad Bremę. Druga to skorzystać z jednej z trzech przepraw promowych przez rzekę Wezera i obrzeżami miasta przetoczyć dalej. Ilość przepraw promowych nad Wezerą w okolicach Bremy była zaskakująca. Nie będę ukrywać, że miałam wrażenie, że nasza polska mała przeprawa w Świnoujściu to jakaś archaiczna metoda transportu, jedna z tych, które już dawno zostały zapomniane. A otwarty tunel pod Świną to wielki technologiczny krok dla Polski. Tymczasem promowych przepraw przez niemieckie rzeki – dla mieszkańców, do codziennego użytku nie da się zliczyć… Właściwie biorąc pod uwagę pierwszą część przejazdu przez zachodnie Niemcy, te kilkanaście dni temu i obecne przygody pomyślałam, że można by stworzyć jeszcze inne, wewnętrzne granice tego kraju – właśnie dyktowane przebiegiem rzek oddzielające od siebie landy, miejsca, kulturę…

Kolejna przeprawa, kilkadziesiąt kilometrów dalej, przez rzekę Elbe była tego idealnym przykładem. Mosty zostały na autostradach i w dużych miastach…

Na wieczór dotarłyśmy do zaznaczongo wcześniej na mapie campingu już nad rzeką Elde i na szczęście okazał się czynny a przemiła Pani z obsługi, choć nie mówiła po angielsku bardzo pomocna. Wskazała, by rozbić namiot przed werandą czyjejś przyczepy. To jedna z tych przyczep gdzie przed wejściem jest wrośnięty taras, meble ogrodowe daszek i doniczki z kwiatkami. Zapewniała jednak, że nikt tam nie przyjedzie, a to właściwe miejsce.

Wieczorem pewien pan z zapytał, czy nie jest zimno, że podobno ostatniej nocy były 2 stopnie. Przez lata udało mi się zgromadzić trochę dobrego sprzętu biwakowego, więc temperatura nie stanowiła problemu, nawet gdyby rzeczywiście miały być tylko 2 stopnie. Ale o sprzęcie opowiem kiedy indziej. Zaproponował też podpięcie się do prądu, gdybym potrzebowała, a akurat to było potrzebne, bo w motocyklu dodatkowe ładownie nadal wariowało…

Pozostało pomyśleć nad trasą na kolejny dzień, która miała mnie doprowadzić do autostrady TET. Przestałam używać słowa „zaplanować”, bo planów przez ostatni miesiąc było aż zanadto. Na tym etapie czochrania Niemiec wiedziałam, że nie ma potrzeby się spieszyć. A jeśli trzeba, dorzucę kolejny dzień spokojnej podróży.

Od samego punktu TET dzieliło mnie jakieś 200 km… plus odcinek do intrygującej wiatki, którą zauważyłam na trasie. Idealnie byłoby do niej dojechać! I wreszcie zaspokoić też potrzebę spania na dziko. Bez namiotu, campingu, Gasthausu, pracy z tyłu głowy, czegokolwiek co tej pory sprowadzało na bardziej rozsądne i racjonalne wybory.

Dokładnie w miejscu, które wskazała Pani z obsługi, słońce miało pojawić się najwcześniej z rana… I rzeczywiście tak było. Plama porannego światła padła prosto na namiot umilając leniwy start kolejnego dnia, choć dookoła jeszcze cień drzew zasłaniał okolice, a w większości puste kampingi sprawiały wrażenie opuszczonych od lat. 

Znów zapowiadał się długi i uczciwy dzień, a przecież miało być spokojniej…

A jednak gleba!

Jakiś czas temu ustaliłyśmy z Cyferką, że wywracać się nie będziemy. Z prostych przyczyn wywrotka zawsze niesie za sobą jakieś mniejsze lub większe konsekwencje. Od awarii po kontuzje. Chociaż zdaje się, że już elementy, które potencjalnie mogłyby odpaść albo się złamać odpowiednio się wygięły przy poprzednich wywrotkach i ryzyko jest niewielkie. Natomiast nigdy nie wiesz, czy np. nie wylądujesz jakoś niefortunnie pod motocyklem albo w coś nie uderzysz.  Problem może jeszcze się pojawić jeśli miałaby leżeć na prawej stronie, bo np. jakiś syf może wejść w rolgaz, co już jest kwestią bezpiecznej operacji gazem. Inna sprawa to oczywiście strata czasu na doprowadzenie majdanu do ładu zamiast na przykład kawa w plenerze. I choć dla kogoś, kto nie jeździ motocyklem, może to zabrzmieć abstrakcyjnie, to, o ile nie ma żadnych dodatkowych kontuzji, samo podniesienie akurat CRF 300 Rally nie jest problematyczne. Przy odrobinie techniki i oczywiście jakiejś tam masie mięśniowej, która niewątpliwie jest przydatna, można ją sprawnie sprowadzić do pionu. No ale, po tym krótkim wstępie do brzegu… 

Udało się uniknąć spektakularnej gleby na piasku, który przy dość odczuwalnej prędkości jednak stał się grząski, a Cyferka zaczęła podejrzanie tańczyć. No ale uff, dałyśmy radę. Ale już kilka kilometrów dalej w lesie pewien korzeń pokazał nam, żeby jednak zwolnić. Dodatkowo okazało się, że i tak zgubiłyśmy drogę. Na tym etapie zorientowałam się, że ta bardzo atrakcyjnie wyglądająca i zdecydowanie zachęcająca ścieżka, która skręcała w las chyba jednak nie do końca była tak legalna jak mi się początkowo wydawało, ale tego już się nigdy nie dowiem i nawet nie chcę.

Tak czy inaczej, z mapy GPS już jakiś czas wcześniej znikła kreska, którą miałyśmy podążać, a dodatkowo leżałyśmy. Nie pozostało nic innego jak jednak ściągnąć bagaż, bo po co się szarpać, postawić do pionu i nawrócić na ślad, który przynajmniej była na mapie i podobno miał nawet prowadzić do asfaltu. Kawy w plenerzy nie było.

Pojechałyśmy w słońcu między drzewami w stronę krótkiego asfaltowego odcinka, by za chwilę znów odbić w leśnych duktów szlak.

Wiatr wiał ku Wschodowi…

W kolejnych kilkudziesięciu kilometrach dało się odczuć, że zbliżamy się na wschód, bo o ile początek trasy jeszcze przy Bremen był głównie asfaltowy kolejne godziny drogi a przede wszystkim nasza odkryta tajemniczna granica na rzece Elbe wyraźnie pokazały, że z każdym kilometrem znalezienie ciekawych skrótów będzie łatwiejsze.

Raz przez pola innym razem przez lasy a jeszcze innym jakimiś porośniętymi zapominanymi starymi asfaltami doturlałyśmy się do odcinka TET w okolicy Godendorf.

I byłoby nie w porządku dla lokalnego linesmana gdybym pominęła jego udział w powstaniu tej ścieżki. Trasa była malownicza i świetną alternatywą dla turystycznej przeprawy z zachodu w stronę wschodu z dala od autostrad aż pod granicę w Krajniku Dolnym. Bez specjalnych technicznych trudności, choć zdaje się po konkretnej zlewie, droga miejscami mogłaby być bardziej wymagająca.

***

Z gęstego lasu wjechałam do miejscowości, która zdaje się być zupełnie odcięta od współczesnego świata, a jednak obecność domów dawała sygnał, że ludzie tu mieszkają i zapewne mają się dobrze. I właśnie oni przez serce swojej wsi, w miejscu, gdzie droga jest piaszczysta, a auta nie mają możliwości wyminięcia, pozwalają przejechać obcemu motocyklowemu turyście.

Wreszcie kilkanaście kilometrów dalej zaczęłam wypatrywać wiatki. I tak na skrzyżowaniu polnych i leśnych dróg, trochę z boku tuż za większymi krzakami kryła się ona. W idealnym miejscu. Schowana od drogi, a jednocześnie blisko i z widokiem na rozprzestrzeniający się krajobraz. To miejsce naprawdę różniło się od wielu innych napotkanych na zachodniej części Niemiec, gdzie lasów prawie nie ma, a drogi zalane asfaltem albo prywatne. Tu było ciekawej… Szybka analiza pozwoliła określić, że wiatka jest otwarta w stronę wschodu, więc jeśli pogoda pozwoli, powinnyśmy mieć z Cyferką widowiskową pobudkę.

W nocy znów odwiedził nas Wielki Wóz, a kilka godzin później rzeczywiście obudził malowniczy widok wschodzącego słońca…

Azymut na Bus Pełen Przygód

Rano już standardowo pakowanie i ogarnięcie na kolejny dzień podróży. Jeszcze kawa, śniadanie i choć nie pakowałam namiotu, wcale nie udało się ruszyć wcześniej niż zwykle. Żeby uzupełnić paliwo, musiałam też zjechać z trasy i nadrobić łącznie 20 km, ale wolałam nie ryzykować i sprawdzać ile faktycznie byłyśmy w stanie ujechać z Cyferką na jednym baku.

Mała ilość stacji benzynowych i sklepów znów potwierdzała, że byłyśmy po wschodniej stronie Niemiec. A ja cóż stwierdziłam, że nawet wybierając się w cywilizowaną część Europy, warto mieć ze sobą dodatkowy kanister paliwa – ot tak dla spokojnej głowy.

Ostatni odcinek, jaki najbardziej zapamiętam jeszcze po lewej stronie Odry to przeurocza, zarośnięta ścieżka wzdłuż kolei w okolicach Wilmelsdorf, która przypomniała o pewnym pomyśle na wyjazd wzdłuż kolei Transsyberyjskiej. Kiedyś na pewno do niego wrócę…

Minęłam już most nad Odrą z Schwedt do Krajnika Dolnego i dalej znanymi drogami, trochę na leniucha teleportowałyśmy się ostatnie kilometry pod Golczewo. Miłe przywitanie u przyjaciół, kąpiel, wieczorne ognisko a rano pyszne śniadanie z kozim serem własnego wyrobu. Później już klasyczna eskorta Kuby w stronę Koszalina. Pakowanie Cyferki i piesków do Busa i jeszcze tego samego wieczoru całym pakietem zameldowaliśmy się w Rosnowie Trochę czasu minęło od ostatniej wizyty na dzielni. Od startu minął ponad miesiąc, zaskoczył fakt, że nadal pierwsza zatoka jest obstawiona przyczepami. Zazwyczaj na koniec września teren pustoszał. Ale nie tym razem… nasze jesienne miejsce było zajęte. Może to też kwesta weekendu? Bus Pełen Przygód dojechał tu w sobotę po południu. Nie pozostało nic jak zaparkować w innym dostępnym miejscu i sprawdzić, co od ostatniej wizyty wydarzyło się w ulubionym lesie, za 3 dni znów powrót do Holandii…


W czasach ciasteczek, nie mam wpływu na to co dzieje się na zapleczu w silniku strony, czy przeglądarki albo urządzeń z których korzystasz, ale osobiście nie gromadzę i nie wykorzystuję Twoich danych. Nie gromadź i nie wykorzystuj moich. Cytaty, zdjęcia i co nie moje publikuję z poszanowaniem autora. Teksty na stronie są moją własnością, Chcesz je wykorzystać? Śmiało, ale nie zapomnij dodać, kto jest autorem.

Obserwuj

Rozszyfruj i pisz

contact malpa talesbytherodise eu