Kaskiem Czochrana – Po płaskiej Europie

Skąd pomysł na taki wyjazd? Oczywiste, że chciałoby się zabłądzić w bałkańskich (bez)drożach, gdzie nie trzeba specjalnie szukać ciekawych miejsc. Nacieszyć oko górami. Jechać tam, gdzie pogoda wiecznie sprzyja i w ciągu kilku dni można wspiąć się na niejeden szczyt. Z drugiej strony… dla mnie mogłoby to być pójście na łatwiznę. Moglibyśmy się na szybkości wywieźć też z Cyferką w Busie Pełnym Przygód, chociażby do Rumunii, zostać tydzień, po czym zapakować z powrotem i jechać do Holandii. Jednak nie tym razem…

Okoliczności i czas pozwoliły na wyjazd za Morze Bałtyckie do Danii i później w stronę Holandii. Spakować do wora, zabrać namiot, wskoczyć na moto i czerpiąc to, co przyniesie każdy dzień, droga, spotkani ludzie no i wątpliwa pogoda. Ruszyć przed siebie, na dwóch kołach, od progu domu, jak za dawnych lat. To był mój czas, by zobaczyć, co aktualnie ma do zaoferowania dla motocykla płaska Europa. I… czy znajdziemy tam z Cyferką cokolwiek dla naszego stylu podróży. Miałyśmy też zapewnioną świetną bazę wypadową w samej Danii na kilkudniowe czesanie kraju. Ale jak pokazała podróż i więcej znajomych po drodze udało się namierzyć, również w Danii. Okazało się, że z Pomorza Zachodniego do Poznania jest bliżej przez Esbjerg lub wyspę Romo. Dobrze jest mieć rozrzuconych po świecie dobrych ludzi… Zresztą do Krakowa też jest bliżej przez Morze Bałtyckie, choć akurat ten dystans i na mapie, w linii prostej by się zgadzał. 

Początkowo zastanawiałam się skąd rozpocząć opisywanie tego wyjazd. Czy jeszcze w Koszalinie spod serwisu Rodzia, gdzie odebrałam Cyferkę po wymianie oleju i filtrów, gotową do drogi? Ale przecież wtedy wskoczyła na tył Busa Pełnego Przygód. A z pieskami spędziłam noc nad jeziorem w Rosnowie. Czy może wyjazd ten rozpoczął się pod domem rodzinnym, kiedy odstawiłam pieski i przepakowałam na Cyferkę? Ruszając falstartem i zawracając kilkanaście kilometrów, po tym jak zorientowałam się, że nie mam przy sobie dokumentów od motocykla tylko od busa? A może jednak wyjazd rozpoczął się od klasycznej wizyty u Kuby i Oli pod Golczewem? Ale przecież jadąc do nich, zdążyłam wytyczyć kolejny, nieodkryty dotąd odcinek tej znanej trasy. Poza tym zostałam na noc, to może jednak kolejny dzień? Kiedy ruszyliśmy wraz z Kubą i KLE w stronę północy też znajdując kolejne ciekawe przejazdy przez znajome okolice. Czy jednak zacząć od Świnoujścia, gdzie wskoczyłam na prom… albo od Trelleborga, gdzie dopłynął prom? A może powinnam po prostu zatoczyć koło z Eemshaven do Eemshavem. Przecież Cyferkę odbierałam od Rodzia wprost z trasy i jakoś nie specjalnie był czas na zatrzymanie się i postawienie grubej linii między tamtym powrotem a kolejnym startem…

Ten początek okazał się wyjątkowo niejednoznaczny, ale niech będzie, że czochranie kaskiem przez płaską Europę rozpoczęło się na szeroko pojętym Pomorzu Zachodnim.

Zarys planu zakładał przejechać  na kołach częściowo niemieckim i duńskim TETem. Ale jedyny TET, jaki w dniu mijania granicy Polski był w zasięgu to herbata w barze Mix w Wisełce, gdzie dotarłyśmy z Cyferką w eskorcie Kuby i KLE.

Pierwszy deszcz złapał nas jeszcze przed Wolinem i choć chcieliśmy przeczekać tę chmurkę pod mostem, po kilkudziesięciu minutach ruszyliśmy dalej. Bardziej prawdopodobne było, że uda nam się z niej wyjechać kierując się jeszcze bliżej w stronę Bałtyku, niż, że ona minie nas. Po wspólnym obiedzie Kuba wrócił na swoje rewiry. A ja utwierdziłam w modyfikacji planowanej wstępnie trasy. To nie pierwszy raz, gdzie teoria minęła się z rzeczywistością. Padać na nowo zaczęło dokładnie, gdy po wspomnianej herbacie i obiedzie odpaliłam silnik. Może i by nie padało tak na starcie, gdyby nie spotkanie z pewną młodą parą. Chłopak zagadał, jak się jeździ, bo właśnie szukał motocykla dla dziewczyny. I kolejna rozmowa z innym człowiekiem, który też pytał, dokąd jadę, wspominając, że sam jest motocyklistą i opowiadając o swoim strzale do Holandii na raz, życząc udanej podróży. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to będą nieliczni nieznajomi, z którymi uda się zamienić kilka słów na zapowiadającej trasie.

Jednak przez Szwecję!

Deszczowa chmurka zupełnie mnie znokautowała i zagoniła na prom ze Świnoujścia do Trelleborga, by przetoczyć się na Północną Stronę Bałtyku w bardziej komfortowych warunkach. Zdecydowanie nie miałam ochoty na moknięcie przez pierwsze dni wyjazdu. Za to pogoda w kolejnych dniach po drugiej stronie morza zapowiadała się co najmniej obiecująco. To była dobra decyzja.

W kolejce na prom spotkałam przesympatycznych Duńczyków, którzy wracali swoimi dziwnymi maszynami do Kopenhagi. Było to coś na pograniczu motorynki i skutera. Bardzo stylowi. Skrzynki służyły jako bagażnik. Rzeczy mieli zapakowane w jedne z tych wodoodpornych worków. Żadnych super ciuchów ani butów, zwykłe rękawice i worki na dłonie. Dosłownie wszystko w ciekawym klimacie. Szybko znaleźliśmy wspólny język. Choć też nie mamy z Cyferką za dużo „profesjonalnego sprzętu rodem z ADV” – rowerowa wysłużona sakwa, pamiętająca wyjazd do Boruszyna z 2013 roku, kilkuletni worek z pracy i niezawodne też dość wysłużone ekspandery. Mimo wszystko na promie Cyferka przy ich wehikułach wyglądała jak przybysz z innej planety. To właśnie od nich dowiedziałam się o istnieniu ciekawej drogi ze Szwecji do Danii. Mieli sprzęty za małe, by móc pokonać słynny most.

Ponad godzina stania w deszczu i burzy na wjazd na prom przywołała wyjazd do Norwegii sprzed kilku lat. Kiedy wracając do Polski zmoknięci jak kury, czekaliśmy (wtedy z KLE) na wjazd na prom z Trelleborga do Świnoujścia Zresztą nie tylko ta sytuacja. Zasłyszana później rozmowa również o nim przypomniała.

Leżałam wieczorem na kanapie. Ciszę przerwała rozmowa dwóch Polaków przy sznyclu. A właściwie monolog jednego z nich o tym jak można nie wziąć kajuty, tylko, leżeć na kanapie, po całym dniu jazdy. Skoro stać na motocykl, to i na kajutę powinno… A to buty, a kask… Miałam przemilczeć kolejne opisy, które niewątpliwie dotyczyły mojego wizerunku. W zasięgu wzroku nie było innego leżącego na kanapie człowieka w spodniach motocyklowych z kaskiem na stole obok kubka po herbacie. Pan Pierwszy jednak zaczął zbyt mocno wczuwać się w kreowanie opisu, trochę zapominając o własnym życiu i postanowiłam przerwać jego monolog. – Zależy, co kto lubi. – Rozpoczęłam. Nie zaskoczyło mnie ich zdziwienie, gdy usłyszeli polski język. Drugi z nich tylko uśmiechnał się do kompana – No to muka. Później już nieco zaciszonym głosem Pan Pierwszy kontynuował, że ma kolegów, którzy jeżdżą na quadach i podobno jak się jeździ w terenie, jest to bardzo wyczerpujące i nie wyobraża sobie, żeby po całym dniu leżeć na kanapie, a nie w łóżku. Odeszli z pustymi talerzami. Więcej się nie spotkaliśmy. Mam nadzieję, że kotlety im smakowały i panowie mają lekką pracę. Ta rozmowa się nie skleiła. Podobnie jak tamta w samochodzie ze wspomianego wyjazdu do Norwegii, kiedy pewna para postanowiła mi dać schronienie przed deszczem…

Co ciekawe, na promie najpierw obsługa, później napotkani motorrynkoskuterzyści założyli, że jestem Szwedką. A to bo blondynka, a bo na motocyklu. Było zaskoczeniem, kiedy mówiłam, że jestem z Polski, a szwedzkiego to niestety, ale nawet nie znam. Wspomnianym panom od kotleta też nie wpasowałam się w obraz Polki…

Rejs trwał 7 godzin i już o 23 byłam po drugiej stronie Bałtyku, wyschnięta i zregenerowana po nieprzyjemniej zlewie i zmarznięciu. Nawet udało się znaleźć miejsce noclegowe w okolicy. Chociaż camping blisko Trelleborga okazał się być ogrodzoną przestrzenią między blokami w sąsiedztwie głównej drogi. Dla mnie było to wystarczające miejsce, by nie nadkładając kolejnych kilometrów zostać do rana i kontynuować trasę, z której i tak już sporo zboczyłam.

Rano już w pierwszych kilometrach Szwecja dała się na nowo polubić. Z Cyferką wyglądając kolejnych zakamarków, musiałyśmy hamować się, by zbyt wcześnie nie zatracić w drodze. Naszym celem do eksploracji na kolejne dni pozostawała Dania.

Ze Szwecji do Dani można przedostać się na kołach co najmniej na dwa sposoby. Najprościej i najszybciej jest przejechać (nietani) prawie ośmiokilometrowy Öresundsbron (Most nad Sundem). Druga opcja, bardziej przygodna i nieco dłuższa to stateczek z Helsingbord do Helsingor. Tym razem wybrałam most i to nie dlatego, że nie chciałam skorzystać z ciekawszego rozwiązania, tylko nadgonić kilometry w stronę zachodu. Szwedzkie przygody jeszcze przed nami, niebawem tu wrócimy, choć może niekoniecznie na południe.

Cztery Strony Danii

Miasta. Co ja robiłam w mieście? Kopenhaga, Aarhus, Esbjerg, Tonder… O ile Kopenhagi nie dało się pominąć na trasie z Trelleborga, o tyle Aarhus wyszedł już zupełnie przypadkiem jako kompromis miejsca spotkania ze znajomymi.

Przejazd przez Kopenhagę należał do przyjemnych. Tu na drogach nie ma kultu samochodu. Tu rządzą rowery. I to sprawia, że po Danii jeździ się bezpiecznie a poza miastami przyjemnie również motocyklem.

Ale Dania zupełnie nie jest motocyklowa, co zresztą potwierdza wiele zakazów wjazdu motocyklem w samych miastach. W Kopenhadze nie raz musiałam zmieniać trasę na czuja, żeby nie łamać zakazów. A w mistach spotkałam niewielu motocyklistów. Zresztą ledwo 2 może 3 napotkanych rajderów na bocznych drogach podczas kilkudniowego czesania Danii w różnych kierunkach też potwierdza, że ten kraj nie jest numerem jeden wśród motocyklowej braci.

W Aarhus plan urodził się z potrzeby chwili… Nie pozostało nic jak kultywować duńską tradycję. Zaparkować Cyferkę i również wskoczyć na rower, choć jako pasażer, by wchłonąć miasto z najbardziej słusznej perspektywy.

Nie możliwym jest być w Danii i pominąć obecność rowerów. Kultura rowerowa kraju jest mocno zakorzeniona i sięga jeszcze czasów XIX wieku. Symbol roweru z powodzeniem mógłby zostać elementem herbu Danii, gdyby ten zmienić na bardziej współczesny. Jest to o tyle ciekawy temat, że w Danii to rower pozostaje głównym środkiem transportu, szczególnie w miastach. Służy do codziennych dojazdów do pracy, szkoły, na zakupy. Przepisy regulują nawet ilość dzieci, jakie można przewozić w specjalnie dostosowanych rowerach. Komunikacja odbywa się głównie rowerami a podróże z sakwami bliższe lub dalsze to część tej tradycji. Nie ma kompromisów względem odległości, wieku, celu czy pogody. Infrastruktura rowerowa też jest na wysokim poziomie, a ta rowerowa normalność mogłaby być inspiracją dla niejednego miejsca, gdzie to samochód wciąż króluje na szosach i jest traktowany jako jedyny słuszyny środkek transportu. Tym rowerowym życiem Dania wyróżnia się na tle wielu krajów. Choć przez dużą część wyjazdu zastanawiałam się, czy bardziej rowerowa jest Dania, czy Holandia?

Na Wschodzie zainteresowały mnie miejsca Helgenaes i nieco niżej Julesminde Naturepark. I one stały się celem mojego czesania kraju. Jednak bardziej niż sam cel intrygował mnie monotonny, jednostajny i obrzydliwie przeuroczy przejazd przez wioskową część kraju. Który jest niesamowitym kontrastem do obrazu polskiej wsi czy moich ulubionych bałkańskich klimatów. W tym panującym porządku udało się odnaleźć wyjątkowy klimat. Z jednej strony wydaje się być nudny, ale patrząc, z perspektywy różnorodności Europy jest kojący i dzieli spokojem i bezpieczeństwem. Cisza poza granicami miasta i z dala od dróg szybkiego ruchu udzielała się w czasie jazdy. Coś jednak w głębi duszy zakłócało ten spokój. Przywykłam do tego, że nie ma co spodziewać się tłumów na bocznych drogach, ale żeby nie spotkać dosłownie nikogo, nawet w miejscowościach było już czymś zastanawiającym. Gdzie byli wszyscy mieszkańcy nie miast? W krajobrazie brakowało i zwierząt. i ruchu, i życia, i dzikiej przyrody…

Szukając ciekawych miejsc w stronę północy, trafiam do mini Mielna – Oksby. Zdecydowanie turystycznej miejscowości, która przy końcówce wakacji tętniła życiem. Restauracje, straganiki, lody, obiadziki. Parking pełen samochodów, generalnie spory ruch. Slalom między autami i ludźmi, którzy tutaj chodzili również ulicami poza idealnymi chodnikami. Dalej czekał mnie bardzo interesujący odcinek, jak się później okazało przez poligon i pierwsze spotkanie Cyferki z Morzem Północnym. Poligon był czynny, ale jak to w Danii wszystko udało się połączyć. Przejazd był jak najbardziej możliwy, tylko trzeba było stosować się do znaków i szlabanów, aby przypadkiem nie trafić w centrum szkolenia. To był zdecydowanie interesujący odcinek.

W Danii jest kilka miejsc, gdzie przez plaże ciągną się autostrady, ale dostępne są tylko, gdy Morze Północe na to pozwoli. Nam pozwoliło i z Cyferką spędziłyśmy świetny czas, pijąc kawę z Morzem Północnym. To był ten moment wyjazdu, gdzie nie chciało się już dalej gnać. Nasz przeciągający się błogi moment przerwały tańczące na niebie chmury. W niedalekim czasie mogłyśmy się spodziewać deszczu. Znów szybkie spojrzenie na mapę. I zdecydowałam się na skrócenie zaplanowanej na dzień trasy wokół Rinkobing Fjord, zostawiając wizytę w tym rejonie na inny moment.

Po kilku miesiącach, tym razem Cyferką, a nie autem służbowym wróciłam przez Skalling Ende, by spojrzeć na trochę już znany mi Esbjerg z innej perspektywy…

Przez Trzy Wyspy – pożegnanie z Danią

Morze Watowe pozostało jako końcowy odcinek przejazdu przez Danię. Małe zamieszanie na początku spowodowało, że trasa, którą miałam wjechać do Danii, stała się moją drogą w stronę Niemiec. Finalnie, dobrze, że tak się stało. To niewątpliwie najciekawszy rejon – oczywiście dla motocykla. Gdybym miała polecić komuś wyjeżdżającemu do Danii na nierowerze to byłby to właśnie rejon Morza Watowego. Wyspa Fano, Mando, Romo oraz Nationalpark Vadehavet.

Gdzieś tam już zasłyszałam, że Fano koniecznie trzeba zobaczyć, ale co to dużo mówić, wiele osób twierdzi, że Mielno trzeba zobaczyć. Kwestia gustu. Ja lubię eksplorować na swój sposób. Ale wyspa Fano na mojej liście też była. Wyspa Fano zdaje się być całą sobą obok świata, z dala cywilizacji, choć dzieli ją zaledwie 12 minut promem od Esbjergu i harmonii Danii. Wyspa żyje swoim spokojnym życiem, gdzie ludzie, nautura i turyści zawieszeni są poza tym co dzieje się na lądowym brzegu Danii. Wydmy tworzą różnice w krajobrazie, a odrobina lasu przypomina, że w granicach Danii i dzika przyroda ma swoją malutką przestrzeń. Wyspa Fano porośnięta jest wrzosami… 

Jeszcze tego samego dnia udało się odwiedzić kolejną wyspę Mando. Na którą prowadzi grząska droga na pograniczu szutru i kamieni, dostępna tylko podczas odpływów, gdy Morze pozwoli. Nam pozwoliło i choć nadchodzący deszcz trochę znów przegonił i skrócił wycieczkę po samej wyspie, to warto było tam zajechać i przywitać się z kolejnym fragmentem samotnego, dzikiego jak na tą część Europy kawałku lądu na Morzu Wattów.

Tuż przed opuszczeniem okolic Esbjergu, zawijamy z Cyferką jeszcze szybkie kółko nad Marbek, choć to w przeciwnym kierunku do trasy i znów nie zyskując na naszym dystansie od Holandii, zresztą nie ostatni raz. Chciałam jednak tu zajechać. Przywitać i pożegnać się z miejscem, w którym spędziłam końcówkę zimy. I na koniec czesania Danii jeszcze raz udało się złapać Kubę (nie od KLE) i nawet w myślach objechać Morze Śródziemne. W rzeczywistości może to być skomplikowana przeprawa…

Ostatnią noc spędziłam jeszcze w okolicach Parku Vadehavet, choć początkowo myślałam, że uda się dotrzeć w okolice granicy z Niemcami. Wyjazdy zawsze przychodzą z trudnością. Kilka dni spędzonych w Dani spowodowało, że na swój sposób polubiłam ten kraj. Chociaż jeszcze kilka miesięcy wcześniej, będąc tu zimową deszczową porą ani przez chwilę nie zakładałam, że wybiorę to miejsce na eksplorację. A jednak to co nie znane, pozostanie dla mnie najbardziej interesujące…

Wieczorna Dania, pożegnała mnie pięknym krajobrazem. Na horyzoncie chmury i zachodzące słońce tworzyły na niebie spektakl we wszystkich odcieniach różu i fioletu. Aż trudno było uwierzyć, że kolejnego dnia pogoda się skrzaczy. Wielokrotnie spoglądałam na prognozy aż pod wieczór – Ale czy na pewno, aż tak?. Gdybym mogła pozwolić sobie na dzień przerwy? To właśnie był ten moment, w którym wróciłabym do bazy wypadowej, przeczekując dzień deszczowej chmurki. Ale powoli zaczynał się wyścig z czasem, by o określonej porze zjawić się w Eemshaven w Holandii. Ostatnie dni pokazały, że droga, która w linii prostej miała około 150 km, cyferkowymi ścieżkami rozciągała się do 250-300 km. 300 to już dużo. By ominąć 35 km obwodnicy miasta, można też szurać 150 km wcale, nie zbliżając się do celu… O tym, że najlepsze miejsce noclegowe jest tuż za rogiem, wiem nie od dziś. W Danii ta wiedza okazała się na wagę złota. Zresztą zasada ta zdaje się, dotyczy już całej Zachodniej Europy, jak pokazała dalsza trasa. Patrząc pod kątem biwakowych legalnych miejsc noclegowych, choć nie na kampingach Polska ma zdecydowaną przewagę nad nie jednym krajem…

By przyspieszyć poranek, na śniadanie zdecydowałam się w nieodległej restauracji. I tym razem mój rychły start spowolniła nieplanowana rozmowa z przemiłą panią z obsługi, która jeszcze zapraszała do domu. Dokładnie dając instrukcje, że to tam po drugiej stronie za rzeką ten czwarty dom jest jej. Brama będzie zamknięta, ale mogę śmiało otwierać i usiąść na ogrodzie wśród kwiatów. Zatrzymać się, zrelaksować i poczuć magię tego miejsca. Przy okazji zapakowała kanapkę na planowaną trasę, gdy wyszłam do toalety. Tak na wszelki wypadek, gdybym po drodze nic nie znalazła… Artystka mieszka tuż za rzeką i jest jedną z tych otwartych, gościnnych osób, które spotykamy na drodze. Mówi biegle co najmniej po duńsku, holendersku, angielsku i niemiecku. A przynajmniej tyle języków udało mi się wyliczyć.

Tego dnia czekała nas z Cyferką najdłuższa trasa. Na dodatek w wątpliwej pogodzie. Początek prowadził po raz kolejny przez piękne malownicze pola wzdłuż linii brzegowej Vatten Sea, trochę schowanymi ścieżkami, trochę zapomnianymi szlakami i obok kolei. Nam pod kołami kręciły się kolejne kilometry, choć drogi do celu nie ubywało. Na wysokości Wyspy Romo załamała się pogoda. Od tego momentu wiedziałam, że lepiej tego dnia nie będzie…    

Miałam dylemat czy zakręcać na wyspę. Po pierwsze z powodu beznadziejnej pogody. Po drugie z powodu opóźnienia w trasie, a to był kolejny odcinek, który też nie zbliżał mnie w żaden sposób do celu. Ale… Wyspa Romo była trzecią wyspą, na którą koniecznie chciałam zajechać i choć wiedziałam, że nie uda się jej przeczesać, mogłabym, chociaż odhaczyć punkt z listy. Poza tym mogłabym żałować, że nie odwiedziłam Łukasza, z którym nie mamy możliwości często się widywać, a dzieliło nas ledwo 15 km. No w dwie strony 30 i deszcz.

Na Wyspę Romo nie prowadzi ani stateczek, ani zanikająca droga. Tutaj można dojechać zwykłym szerokim asfaltem, który był dość nieprzyjemnym odcinkiem w czasie zlewy.

– Może chcesz wziąć prysznic ? – Tymi słowami przywitał mnie Łukasz, kiedy odwiedziłam go na wyspie Romo. – Prysznic to ja już jeden mam za sobą i jeszcze kolejne przede mną. Wezmę, ale po drodze… – Za to ciepła herbata zrekompensowała moknięcie, choć za bardzo wyschnąć nie zdążyłam.

– Kolejne spotkanie w Wojcieszowie! – Tymi słowami pożegnaliśmy się kilkadziesiąt minut później. Pozostało znów wrócić pod deszczową chmurkę, które zdecydowanie nie miała ochoty ani zelżyć, ani odpuścić.

Daleko nie zajechałam. Mocno starałam omijać się główną drogę w stronę Tonder, ale już kilkadziesiąt kilometrów dalej wylądowałyśmy na przedmieściach, chowając w Burger Kingu, by choć trochę obeschnąć. To znaczy mówiąc dosłownie mi udało się schować. Cyferka z całym bagażem dzielnie mokła dalej na parkingu. Herbata, jakieś śmieciowe, nawet wegetariańskie jedzenie. I wiedząc, że padać nadal nie przestanie ponad dwie godziny później, niekoniecznie bardziej suche ruszyłyśmy dalej…

Deszcz w Schleswig-Holstein

Przez ostatnie 8 dni udawało się uniknąć deszczu. I poza dniem startu, gdzie zmusił mnie do szybkiej i znaczącej aktualizacji planu, w kolejnych nawet nie myślałam o dyskomforcie. Ot mała modyfikacja lub skrócenie trasy. Dopiero na koniec wizyty Skandynawia nie dała o sobie zapomnieć, przypominając, jakie są prawa pogody w tym rejonie Europy. Padać zaczęło w okolicach godziny 10:30, jeszcze w Danii i padało niezmiennie (no może z małą przerwą) aż do 17:00.

I to nie był jakiś mały deszczyk, tylko klasyczne oberwanie chmury, zlewa i trochę mniejsza zlewa.

Zgodnie z prognozą, co do sekundy, deszczowa chmurka otulała nas swoją obecnością przez kolejne dziesiątki kilometrów w Niemczech. A wcześniejszy przystanek w Burger Kingu odszedł w niepamięć bardzo szybko.

Mimo niełatwej aury trzymałyśmy się z Cyferką planu, starając omijać główne drogi. Jezda w tym deszczu głównymi drogami z wątpliwie bezpieczną prędkością na tle innych samochodów też nie napajała optymizmem.

Stróżki wody ciekły po ciele a krajobraz przed oczami ani przez chwilę nie zapowiadał, że coś się zmieni. W głowie kłębiły się inne myśli. Momenty, gdy przemierzając autostrady w cieplutkim Busie Pełnym Przygód. I niejednokrotnie w ogromnej zlewie mijałam szalonych geesiarzy. Ani przez chwilę, im nie zazdrościłam. Tym razem było inaczej.

Tylko napotkany od czasu do czasu samotny rowerzysta obładowany sakwami sprowadzał mnie na ziemię i przypominał, że jestem we właściwym miejscu. A tych nie brakowało ani na odcinkach przez duńskie zlewy, ani na niemieckich wąskich asfaltach między wioskami.

Lepiej było moknąć pośrodku niczego. Trafiłam na kilka ciekawych odcinków poza utartymi ścieżkami. Przez przypadek na nieoczywistym przejściu granicznym obok Tonder wpadłam na budowę parku wiatrowego (już po niemieckiej stronie). Jakiś przejazd przez strumyk wśród pól, brukowane wiejskie dukty. Jednak mimo starań, tego dnia to mokry asfalt królował pod kołami.

Początkowo planowałam spanie w namiocie. I pomimo towarzyszącego przez długie kilometry deszczu ta myśl nie odpuszczała. Jednak pod koniec dnia zrezygnowałam, zostawiając ostatnie 60 km na kolejny dzień. Decyzja podjęta i będzie spanie w jakimś Gasthaus, jakich w Niemczech nie brakuje.

Na szczęście udogodnieniem obecnych czasów jest możliwość znalezienia noclegu na ostatnią chwilę i z każdego miejsce, w Europie szczególnie. Niestety racjonalnie patrząc – nie było szans, żeby w ciągu nocy wysuszyć rzeczy i mieć jakąkolwiek przyjemności z biwakowania. Czas nieubłaganie gonił, a znalezienie noclegu w namiocie mogło wiązać się z upływem kolejnych godzin i kilometrów z opcją oddalenia do celu. Już dawno nie miałam tak mocno zaplanowanych kilometrów do pokonania na dany dzień. Nie mogłam pozwolić sobie na dłuższy odpoczynek, choć ten marzył się jeszcze po duńskiej stronie. Rano czekało kolejne 250 km do pokonania plus nadwyżka z dnia poprzedniego.

Pani z obsługi od razu zaproponowała schować Cyferkę pod dach. Kiedy dotarłam do pokoju i wypakowałam rzeczy, z wora uniósł się przyjemny zapach drogi. Spoglądając na siebie w lustrze, zauważyłam, że te ostatnie dni zostawiły ślady podróży. Pozytywne zmęczenie i błogi stan, który pojawia się, gdy masz za sobą wymagający odcinek drogi, szczęśliwie spotkania i w jednym kawałku docierasz do celu. Jeśli znasz to uczucie nie potrzeba żadnych słów. Przez noc udało się wyschnąć a po sytym śniadaniu ruszyć ku słońcu. 

Przez trzy rzeki

Elbe. Zależało mi na takiej przeprawę przez rzekę, która ominie Hamburg. Z pomocą przyszedł niemiecki odcinek TET. Zupełnie o nim zapomniałam przez ostatni czas, a przecież miał być dość znaczącą częścią przejazdu przez Niemcy. To właśnie on pokierował mnie w stronę znanych miejsc. I początek trasy stał się bardzo sentymentalnym odcinkiem. Przejeżdżałam przez rejony, gdzie spędziłam kilka dobrych miesięcy w pracy. To też tu miały miejsce pierwsze noclegi w Busie Pełnym Przygód jeszcze w gołych blachach, bez okien i bez ogrzewania. Z Lotkiem, który już od ponad roku biega gdzieś w pieskowym raju… Do tego właśnie w tym rejonie Niemiec kilka lat temu miało miejsce moje pierwsze spotkanie i spacery nad rzeką Elbe. Teraz i Cyferka miała okazje się z nią przywitać. Tutaj  zdawałam jeden z trudniejszych egzaminów potrzebnych do pracy. Mieszkaliśmy też z Lotkiem w pokoju na poddaszu w gospodarstwie, u przemiłej pani gdzie porankiem chrumkały nam świnki. To był dobry czas. Nie planowałam tędy jechać, ale trasa pod kolami klarowała się sama. Wacken, Itzehoe, Sankt Margarethen. Przejazd przez rejony przypomniały niejedną historię, a piękna pogoda umilała każdy kilometr na trasie.

Ulubiona Elbe – która przynosi legendy Ducha Gór – Liczyrzepy z Karkonoszy wprost do Morza Północnego zrobiła jak zawsze wrażenie. Na odcinku, gdzie odbywa się przeprawa promowa, rzeka ma około 2 km szerokości i bardziej przypomina wielkie jezioro, zalew albo Małe Morze nie zdradzając, że jest najdłuższą rzekę Niemiec. Z nostalgicznej części podróży wybiło mnie spotkanie innych motocyklistów właśnie na przeprawie z Gluckstadt do Wischhafen. Każdy ze swoim bagażem i historiami. Z jedną z motocyklistek też zatraciłyśmy się w rozmowie. 

Samo przeprawa przez Elbę w tym miejscu jest świetną alternatywą. Niestety dla auta niekoniecznie szybszą od hamburskich korków. Motocyklem nie było problemu przebić się na początek kolejki. Na promie mają swoje miejsce razem z rowerami. Wszystkie jednoślady traktowane są podobnie. Natomiast w kolejce samochodowej poza autami osobowymi, mnóstwem kamperów, co zdaje się być oczywiste w przypadku wyboru krajoznawczej trasy omijającej główne drogi, ku mojemu zaskoczeniu stało też mnóstwo tirów. Jakkolwiek w przypadku czterech kółek trzeba czekać. A kolejka pomimo wcześniej godziny mogła mieć na oko około 2 km. Sama przeprawa trwa około 20 minut, nie wliczając czasu układanki tetris na pokładzie.

Niewiele kilometrów dalej czekała mnie kolejna przeprawa. Tym razem przez ruchomy most na rzece Oste. Miły operator wpuścił wszystkim zainteresowanych przeprawą i uruchomił interesującą konstrukcję, która zaprowadziła nas na drugi brzeg. Zabytkowy most nie jest dostępny dla samochodów, przez chwilę nawet myślałam że i dla silnikowych dwóch kółek, ale motocykle sa mile widziane. Oczywiście, że można było jechać zwykłym mostem wśród samochodów, ale w tej części znów miałyśmy z Cyferką pod kołami sporo asfaltu, a utrzymująca się piękna pogoda sprzyjała wynajdywaniu ciekawszych alternatyw.

Przez rzekę Weser przetoczyłyśmy się tunelem. 

Dla bilansu i równowagi do pięknej pogody mogę dorzucić jeszcze trochę przydrożnych przygód. Nieogarnięte BMW jadące na czołówkę do dyskusyjnej odległości. I choć staram się nie myśleć stereotypami, ze względu na markę wybaczam. TIR, który wymusił na mnie, skręcając w lewo z podporządkowanej, ale od razu przeprosił migaczami. Jakiś dziwny korek, gdzie nie działała sygnalizacja świetlna. Klasyczna buła pod sklepem z braku czasu na porządny obiad i niewypita w plenerze kawa, która chodziła po głowie, a skończyło się na szybkim napoju na stacji. Jeden szczur rzucony pod koła przez jakiegoś drapieżnego ptaka i jedna mysz rzucona pod koła przez jakiegoś innego drapieżnego ptaka. Mam nadzieję, że odnaleźli swoje zdobycze i nie fruwali głodni. Kilka zająców samobójców na polnej drodze. Zakopanie w piaseczku i na szczęście odkopanie. W Danii było jakoś spokojniej…

Pod koniec dnia znalezienie dobrego miejsca noclegowego w tej części Dolnej Sakskoni też okazało się wyzwaniem. Zabudowania, miejscowości, pola a lasów jak na lekarstwo nie wróżyły nic dobrego. Wreszcie na mapie po raz kolejny udało się namierzyć zieloną plamę. Była na tyle duża, że no tam to już na pewno musiało coś się znaleźć! I rzeczywiście, ale nie było to przeurocze miejsce noclegowe, a roboty drogowe w środku lasu między wioskami. To ten moment kiedy kolejna na wpół dzika droga na skróty właśnie zniknęła z mapy. A jej miejsce zajmuje świeżo wylany asfalt. Europa zalana jest asfaltem…

Zbliżała się godzina 18 a moja ostatnia nadzieja na znalezienie odpowiedniego miejsca właśnie umarła. Każda kolejna napotkana wiatka była ulokowana w dziwnym miejscu albo przy jakiejś przelotowej trasie a to znów zbyt blisko miejscowości. Na ratunek przyszedł wreszcie Camping około 50 km dalej od punktu, w którym akurat się znajdowałam. Nad jeziorem pełnym przyczep i kampingów. Dojechałam tam chwilę po zamknięciu recepcji. Na szczęście nie było problemu z zameldowaniem a pan z obsługi wskazał miejsce nad samym brzegiem jeziora z dala od kamperowiska.

Cyferka nie umknęła uwadze dwóm młodym chłopcom. Jeden z wielkim zainteresowaniem wypytał o szczegóły i motocykla i podróży, opowiadając też przy tym o swoim pitbikeu. Później, choć chłopcy już zdążyli się pożegnać, przybiegli jeszcze raz pochwalić złowioną rybą. Nikt z nas nie wiedział co to za ryba, za to każdy z nas wiedział, że jest jeszcze zbyt mała i chłopcy wrzucili ją do wody z powrotem.

To był udany piękny i długi dzień, w którym też nadgoniłam stracone w deszczu kilometry. Z Cyferką przeszłyśmy też na kolejny etap znajomości.

Okazuje się, że Niemczech to jednak nie da się kupić smarowidła do łańcucha na stacji benzynowej i pomimo całkiem sporej rowerowej kultury marketach też go brak. Pozostało klasycznie zakupić jakiś olej do kosiarki. I oddać Cyferce szczoteczkę do zębów, by nasmarować łańcuch. Ten produkt będzie łatwiej dostać w kolejnym markecie. Jeszcze na koniec dnia pożyczyłam jej trampka, co by nie utopiła się w dość grząskiej ziemi…

W nocy do namiotu zapukał nam Wielki Wóz.

Ostatnia prosta – Holandia

Na końcowej części trasy została jeszcze Rzeka Ems. Przetoczyłyśmy się mostem w okolicy Leer. Nie było już przestrzeni w szukanie okrężnej bardziej przyjaznej drogi, już samo ominiecię autostrady cieszyło. Kanał dzielący Niemcy i Holandię pokonałyśmy malutkim i wąski metalowym mosteczkiem. Początkowo też wydawał mi się rowerowo-pieszy, dopóki przede mną nie pojawiło się auto z przyczepą. Ale „prosta” to dobre określenie dla całego holenderskiego odcinka. Bardziej płasko, nudno, asfaltowo, industrialnie, wietrznie i deszczowo niż w Holandii nie będzie nigdzie w Europie. Ostatnie kilometry w stronę celu na wybrzeżu Morza Północnego prowadziły wąskimi asfaltami, ciętymi od linijki, rozlanymi wśród pól po horyzont. Z idealnie przyciętymi drzewkami, czystym poboczem. Czasem przez malownicze holenderskie wioski, schowane kilka kilometrów od głównych dróg i przemysłowych przedmieść większych aglomeracji. Ogromna przestrzeń i znów nadchodzące ciężkie chmury

Dopiero gdy rozpadało się na dobre, odpuściłam ostatnie 60 km, ścinając wcześniej wytyczoną trasę na przelotówkę. Nie było sensu moknąć kolejnej godziny. Być może, gdy wrócę z Morza Północnego, pogoda będzie bardziej przychylna i uda się jeszcze raz wskoczyć na boczne ścieżki.

Do celu w Eemshaven dotarłam około godziny 13:00, to był całkiem dobry czas. Miłe przywitanie wśród znajomych, nieznajomych. Zaoferowana pomoc w zatarganiu bagaży na statek.

Cyferka dostała też miejsce w magazynie pod dachem, gdzie poszła na zasłużony odpoczynek i przez kolejne dni na pewno nie będzie moknąć. Miłe gesty od dobrych ludzi na końcu lądu, ale i ostateczny sygnał, że byłyśmy u celu. Pozostało nam pożegnać się na kolejne 2 tygodnie. Ślady podróży spakować do wora i położyć obok kasku. Po raz kolejny wysuszyć lekko zawilgotniałe rzeczy a w najbliższym czasie rozejrzeć się za trasą powrotną na Południe Bałtyku.

Tym razem czeka nas kilkudniowy przystanek w okolicach Bremen. Poza tym wracać tą samą drogą nie będziemy…

* Z dedykacją dla moich rodziców. Na których zawsze mogę liczyć. I którzy wspierają każdy bliższy i dalszy wyjazd, a pod moją nieobecność bez względu na jego długość opiekują się cudownymi psiakami Tiną i Fazerkiem vel Tiko. *


W czasach ciasteczek, nie mam wpływu na to co dzieje się na zapleczu w silniku strony, czy przeglądarki albo urządzeń z których korzystasz, ale osobiście nie gromadzę i nie wykorzystuję Twoich danych. Nie gromadź i nie wykorzystuj moich. Cytaty, zdjęcia i co nie moje publikuję z poszanowaniem autora. Teksty na stronie są moją własnością, Chcesz je wykorzystać? Śmiało, ale nie zapomnij dodać, kto jest autorem.

Obserwuj

Rozszyfruj i pisz

contact malpa talesbytherodise eu