
Z daleka wyłania się pojedynczy bardzo charakterystyczny kamienny szczyt na pierwszy rzut oka przypominający fjord, choć na pewno nim nie jest. Strzelałam, że może mieć wysokość około 300-350 m, niby niski. Jednak podnóża schowane w głębi Jeziora Szkoderskiego i żadne inne wyższe wzniesienie kształtowały jego wyjątkowość na horyzoncie.
Gdzieś w jego okolicy miał być nasz mały domek na kolejne dni. Do pokonania został jeszcze most a tuż za nim ostry zakręt prawie o 180 stopni sprowadził do tajemniczej miejscowości. Jeszcze z głównej drogi dało się odczuć, że to miejsce jest inne niż każde, które napotkałam do tej pory – od gospodarstw w rejonie Durmitoru po samotne domy schowane gdzieś w górach między miastami i nadmorskich kurortów wzdłóż Adriatyku. Tu było jakoś inaczej…
Rybacka wioska Vranjina
Zaparkowałam przy małej zatoce tuż przy innych samochodach. Tu kończyła się droga. Dało się zauważyć, że nie ma możliwośći wjechać ani dalej ani tym bardziej wyżej. Oczy mieszkańców skierowane były już tylko na Busa Pełnego Przygód – obcy w mieście, nie inaczej. Zaczęło robić się przyjemnie intrygująco i ciekawie.
Pojedyncze domy wyglądały jak gdyby lata temu ktoś wyrył je w skale. Pomiędzy nimi wiły się labirynty ze schodów prowadzące pod kolejne drzwi. Tylko tarasy i wystające z lini góry dobudówki zdradzały ślady współczesnej cywilizacji. Na szczycie osady honorowe miejsce zajmował cmentarz i mała kaplica. Przy cmentarzu źródełko wody i kolejny koniec. Wyżej wejść się nie dało, no chyba, że idąc naaokoło od drugiej strony… Nieprawdopodobne miejsce, które tak bardzo odstaje od współczesnych zachodnich wsi.
Po raz kolejny odpalilam przydługi filmik od właściciela, żeby namierzyć domek ale dopiero na miejscu okazało się dlaczego instrukcja była tak szczegółowa i długa. I tak miałam problemy ze znalezieniem lokum. Wreszcie staszy pan wyszedl na przeciw i o dziwo nawet udało się trochę łamanym angielskim porozumieć. Pokazałam mu dom, którego szukam, a on zaprowadził mnie bez większych problemów pod furtkę. Tylko mi dalej nie zgadzały się zdjęcia z rzeczywistością. Ale wszystko wyjaśniło się niedługo później.
Właściciel domku już został poinformowany o naszym przybyciu zanim ja zdążyłam do niego zadzwonić z informacją o kłoptach w labiryncie. Zjawił się niedługo później i rzeczywiście okazało się, że po minięciu tajemniczej furtki i jeszcze kilku schodków zajęliśmy z Fifim część górną domku. Taras z widokiem na okolice, której perefkcyjny wygląd dopełniała przejeżdżająca kolej. Jeśli lubisz widok i dźwięk kolei, to wiesz o czym mówię.
Mieliśmy kuchnie, pralkę, ciepły prysznic wielkie wyro i okna z tym przeuroczym widokiem. 3 dni to zdecydowanie za krótko, już wiedziałam, że pobyt przedłużę. Mieliśmy wszystko, co było potrzebne do zrobienia porządków po ostatnim czasie spędzonym przy bunkrach w okolicach Kotoru. Nie przewidziałam tylko jednego, że wszystkie rzeczy, które będą potrzebne przyjdzie spakować do plecaka jak na konkretną wyprawę i wnieść do domku pokonując labirynt ze schodów. Po drugim kursie znalazłam skrót a po trzecim noszenie już wpisało się w to miejsce. A kursów było jeszcze kilka, bo co chwile przypominało mi się, co jeszcze by się przydało. Mieszkanie w busie nas rozleniwiło…
Wystarczyło zostawić otwarte drzwi, żeby w odwiedziny wpadły dwa kotki, które spędzały z nami większość czasu, gdy byliśmy w domu. Na co dzień zdawało się, że mieszkały na dachu obok.
Wieczorem okazało się, że piętro niżej mamy współlokatorów. Dwie Polki mieszkające na stałe na Islandii. Miłe spotkanie, które zaowocowało późniejszym wspólnym rejsem po Jeziorze Szkoderskim
– Czy spotkałyście się kiedyś z podobnym miejscem ?
– Nie.
– Ja też nie…
Na szczycie Velji vrh
Poszliśmy z Fifim na spacer, bo to oczywiste, że nie odpuściłabym wejścia na ten najbardziej charakterystyczny w okolicy szczyt, który zresztą był tuż nad naszymi głowami. Pozostało tylko znaleźć ścieżkę, nawet mapy pokazywały, że jakiś szlak jest. I rzeczywiście był! Choć bardzo nieoczywisty.
Początkowo musieliśmy minąć labirynt ze schodów i tak naprawdę między czyimiś podwórkami przedostać się w jedyne możliwe miejsce, gdzie jakkolwiek dało się iść wyżej. I nawet co jakiś czas pojawiała się czerwona plama pod nogami, która upewniała, że byliśmy na dobrej drodze. Dopiero gdy znaleźliśmy się na łagodniejszym zboczu, najwyraźniej twórca szlaku stwierdził, że stąd już wszystko widać i nie ma potrzeby znakowania. A mi po raz kolejny przyszło do głowy, że ten charakterystyczny cycek ma więcej wspólnego z norweskimi fjordami. Wreszcie przyszedł czas na przystanek na ławce, że komuś chciało się tu ją targać! Ale rzeczywiście przynajmniej była wyraźnym znakiem, że nadal stąpaliśmy po jednak dyskusyjnym szlaku.
Coś dziwnie zaswędziało za uchem. Szybka analiza sytuacji wykazała, że nie był to kolczyk, tylko… już ogromie napity kleszcz! Było to dla mnie dość nietypowym zaskoczeniem. Po pierwsze musiał już na mnie mieszkać kilka dobrych dni, żeby doprowadzić się do takiej wielkości! Po drugie był to drugi kleszcz, jakiego w życiu miałam wbitego! No i ogólnie kłopot, bo należało jeszcze znaleźć sposób, żeby się go pozbyć. Postanowiłam nie robić tego sama, żeby przypadkiem, nie narobić więcej bałaganu niż było. Dostęp był co najmniej trudny. Także dalszą wycieczkę kontynuowaliśmy już oficjalnie w trójkę. Fifi, Pan Kleszcz i ja.
Na szczycie tego 303-metrowego wzniesienia mieściła się skrzynka z zeszytem pamiątkowym. Ale samo dojście na szczyt było jeszcze mniej oczywiste niż ostatni trawers. Zostawiliśmy z Fifmi po sobie ślad w księdze. A szukając drogi powrotnej, bo niezmiennie według mapy miało udać się wreszcie zatoczyliśmy koło z powrotem do osady, choć bardziej przypominało to slalom.
I rzeczywiście udało nam się wrócić do domku, ale szlak od tej strony był jeszcze mniej wyraźny. Odniosłam wrażenie, że gdybyśmy zaczęli od tej strony możliwe, że wcale nie zatoczylibyśmy koła. W miejscu, gdzie góra robiła się stroma, na skałach nie udało się znaleźć żadnych śladów szlaku. Szliśmy z Fifimi i Panem Kleszczem na czuja kierując się jakkolwiek w stronę osady. Dopiero w miejscu, gdzie pojawiła się roślinność, za chwilę wróciła wyraźna ścieżka między krzewami. Już było oczywiste, że doprowadzi nas z powrotem do wioski, bo niby gdzie indziej miałaby? Znów mijając czyjeś podwórka i furtki wróciliśmy nad zatokę z łódkami…
Kleszcze, żmije i węże
Na miejscu przy łódkach zaczepił nas Miejscowy. Musiał widzieć gdzieś z daleka, że schodziliśmy ze szczytu i od razu zaczął rozmowę o symbolicznej górze. Nawet mówił trochę po angielsku, szybko też wyjaśniło się dlaczego. Przy najbliższej okazji zaproponował rejs łódką po Jeziorze Szkoderskim. Nie zdecydowałam się na rejs od razu, ale pomysł wydał się interesujący i do zrealizowania w kolejnych dniach.
Chwilę jeszcze rozmawialiśmy i dowiedziałam się, że ten szlak na Velji vrh jest niebezpieczny i nie wolno z niego zbaczać, bo w skałach mieszkają żmije i węże – również jadowite. A w czasie rozmowy wielokrotnie myślałam, że z chęcią bym z niego nie zboczyła, gdyby był wyraźnie zaznaczony. Ale podobno, mimo że szlak nie jest zbyt wyraźny, to omija najbardziej niebezpieczne siedliska. Z rozmowy o żmijach przeszliśmy do kleszczy i poprosiłam tę jedyną osobę, która w okolicy, czy mogłaby zerknąć i wyciągnąć kleszcza.
Pan bez problemu złapał go w opuszki spracowanych palców, wykręcił i rzucił na ziemię. A ja podziękowałam z ulgą. Nie było specjalistycznego sprzętu, nie było wcale sterylnie, a jednak nic złego się nie wydarzyło.
W nocy po raz kolejny obudziło mnie jakieś dziwne uczucie, jakby coś chodziło po ciele, po czym uczucie znikało. Wreszcie nie wytrzymałam i zapaliłam światło. Najpierw cisza i nic, aż nagle na czyściutkiej pościeli, pojawił się on – cholerny kleszcz. A w dalszej części nocy kolejne 4 wyrzuciłam z łóżka… Wtedy dotarło do mnie, że już i tak miałam sporo farta i warto jednak spać w długich leginsach. Przez dalszą część nocy średnio dało się spać, bo górowały rozważania ile z tych dziadostw zamieszkało już w busie… Rano te niewyspanie też dało się we znaki i prysł czar miejsca z przeuroczym, przecudownym widokiem No cóż, nie można mieć wszystkiego…
Bilans równowagi klarował się na niewyobrażalną ilość kleszczy i wspomniane wcześniej żmije i węże na szlaku.
Ale legenda o wężach, którą usłyszałam od Miejscowego przy łódkach, była jeszcze inna o której wspomiały też lokatorki z piętra niżej.
Po drugiej stronie Velji vrh jest klasztor, do którego można dostać się tylko przez rzekę Moraca. Podobno można by było iść przez górę, ale nie ma tam szlaku, przez co na terenie mieszka jeszcze więcej węży i żmij. Nikt tamtędy nie chodzi, bo jest to zbyt niebezpieczne, nierozsądne i generalnie nie ma po co. Lokalsi opowiadając o nich, mówili całkiem poważnie i to nie dlatego, że nie wolno, bo nie, albo że przejście mogłoby być zbyt wymagające, dzikie lub srogie. Tylko, jak gdyby chcieli, by to miejsce takim pozostało… Tak tu się żyje! A do życia w zgodzie z przyrodą nie potrzeba wielkoformatowych banerów. Mieszkańcy Vranjina byli bezpieczni. Do Klasztoru prowadzą inne drogi, a skalni mieszkańcy mają swoje miejsce. I oby tak pozostało jak najdłużej… Szacunek do miejsca, które odwiedzam, jest ważną część pobytu. Niepisane prawa i przepisy, potrafią dużo wyjaśnić i pozwalają doświadczyć magiczności rejonu.
Z wizytą w Barze
To właśnie podczas wyjazdu w 2011 roku, kiedy z Albanii z ówczesną towarzyszką podróży pędziłyśmy Van Vanami, by zdążyć na prom z Baru do Bari, w mojej pamięci zamieszkał widok zachodzącego nad Barem słońca. Wtedy stojąc na szczycie, spoglądałam w dół, w światła już zasypiającego miasta. Zjeżdżałam wąskimi serpentynami, wśród kamiennych domków, coraz to niżej do portu. Dwie godziny później już byłam na promie, żegnając to wyjątkowe miejsce i kierując się przez Adriatyk do Włoch. Ale ta mała chwila wystarczyła, by Czarnogóra nie dawała spokoju przez długie lata, aż urodził się plan, by co najmniej pół roku pomieszkać w Czarnogórze. Od minięcia granicy w Scepan Polje wiedziałam, że ten wyjazd to tylko przedsmak półrocznego planu.
Z Vranjina od Baru dzieliło mnie zaledwie 30 km. Wreszcie nadszedł czas, by wrócić w to miejsce, które jak żadne inne (no może poza Bajkałem, ale do tych historii jeszcze wrócę) wyryło i po dziś kształtuje podróżne pomysły. Fifi mógł zostać w naszym przytulnym domku, a ja wybrałam się na wycieczkę śladami początków.
Rozczarowanie, to może zbyt duże słowo, ale Czarnogóra w ostatnich tygodniach dała się już poznać z wielu pięknych i tajemniczych stron. Wiele też się wydarzyło, bo przeprawa (do) czarnogórska była częścią codzienności. Był czas na wycieczki, na pracę… życie. Bar tym razem nie wyróżnił się niczym wyjątkowym ponad tym, co do tej pory udało mi się zobaczyć i poczuć. Duże miasto, kurort a Stary Bar od strony, którą wjeżdżałam, zdawał się zginąć między nowoczesną częścią przedmieść. Nie udało się też odnaleźć mistyczności sprzed lat. Na szczycie miejscowości podczas zawracania zaliczyłyśmy jeszcze z Cyferką teatralną parkingówe.
No cóż, romantyczne ponadczasowe rozważania dopadła rzeczywistość, Podnoszenie motocykla, odginanie dźwigni biegów a później zakupy na kolejne dni. Skoro i tak już byłam w mieście, mogłam uzupełnić zapasy w markecie, którego brakowało nad Jeziorem Szkoderskim. Czarnogórskie przeprawy pokazały, że lubimy mieć zapas na co najmniej najbliższy tydzień.
Powrotna trasa bocznymi drogami w otulinach Jeziora Szkoderskiego okazała się ciekawszym fragmentem Czarnogóry. Wyrastające co rusz boczne ścieżki w głąb gór zachęcały w nie skręcić. Zazwyczaj na końcu często nieoczywistych przejazdów znajdowały się pojedyncze domy, agroturystki lub pokoje gościnne opustoszałe poza sezonem. Ale to właśnie w trasie powrotnej wyraźnie wyklarowała się myśl, że to te przeklęte czarnogórskie drogi, widoki, srogość i różnorodność mikro kraju po cichu tworzą niewidzialną mapę i szlaki. A Bar spotkany przed laty pokazał nawet nie mikro namiastkę, żeby koniecznie tu wrócić…
Przez Jezioro Szkoderskie
W rejs Jeziorem Szkoderskim zabrał mnie właściciel wynajmowanej chatki. Na łódce nie byliśmy sami, bo wraz z nami popłynęły lokatorki z piętra niżej no i oczywiście Fifi. Nie da się uniknąć przeprawy po Jeziorze Szkoderskim z kilku przyczyn. Po pierwsze po prostu warto! Po drugie z tych małych kursów żyją wszyscy mieszkańcy osady Vranjina. Mogli nie mieć samochodu, ale łódkę miała każda napotkana osoba. W okolicy po drugiej stronie góry był też słynny Klasztor, którego strzegą żmije i węże, Miejsce, do którego nie da się dostać inaczej jak przez przeprawę rzeką Moraca, czyli Church of Vranjina. Operator łódki zostawił nas na godzinne zwiedzanie i choć nie udało się wejść do środka ze względu na remont i obecność Fifka, już sam spacer po okolicy i otaczający widok wystarczały by nasycić się okolicą po drugiej stronie góry.
Przy brzegu stało auto, bo rzeczywiście bywa tak, że większymi barkami przewozi się samochody, żeby nie trzeba było pokonywać trasy pod klasztor pieszo… ale to nie jest przywilej turystów.
Czas ruszyć w drogę
Towarzystwo z piętra niżej zakończyło swój pobyt w tej tajemniczej wsi, a my z Fifim przenieśliśmy się kilka schodów na jeszcze jedną noc. Kolejnego dnia falstartem ruszyliśmy, ale nasz przystanek uformował się nad brzegiem rzeki Moraca kilka kilometrów dalej. Trochę poznaliśmy okolice, która bardzo nam podpasowała a zapasy zrobione w Barze jeszcze zapełniały kuchenne szafki. W weekend pojawiły się nawet jakieś zagubione kampery, ale już w ciągu tygodnia miejsce znów pustoszało. Ciężko było rozstać się z Jeziorem Szkoderskim. W międzyczasie powstała też strona internetowa „Opowieści Przydrożniczych” w jej obecnym wydaniu…
Wreszcie wyklarował się plan na kolejny etap podróży i niespiesznie ruszyliśmy w stronę Biogradska gora National Park, ale nie tak po prostej. Nasza trasa omijała autostradę w Podgoricy i prowadziła u podnóży jeszcze zaśnieżonych szczytów, przez wąskie i puste asfalty a Czarnogóra znów zaskoczyła swoim pięknem dzikością i głuchą pozasezonową ciszą. Jeszcze wieczorem zaparkowaliśmy przy wrotach do parku zakańczając dzień spacerem nad Biogradsko Jezero. W Polsce rozpoczynała się Wielkanoc. A nas w najbliższych dniach czekał treking po okolicy.
Ani wcześniej ani później nie spotakłam się z podobnym do Vranjina miejscem. Dlatego dla mnie pozostanie wyjątkowe, nawet jeśli gdzieś na świecie istnieją osady budowane i zamieszkałe w podobny sposób.