Dziś morze niby jest spokojne. Płaskie. Jednak fale których nie widać gołym okiem, kołyszą statkiem wyjątkowo mocno a linia horyzontu wykrzywia się z każdą sekundą. Niczym deszcz, którego zupełnie nie widać, tylko przemoczone ubranie daje sygnał, że to najgorszy z możliwych jego rodzajów. Z tą falą jest podobnie. Daje pozorne poczucie spokoju, ale to właśnie dziś nie było możliwy żaden transfer. Różnica poziomów między dwoma statkami oscylowała w okolicy metra. To dużo jak na jeden pionowy krok, bez pomyłek, bez zawahania. Nie ma chętnych, by ryzykować ten spacer na falach Morza Północnego, włączając mnie. Bo to mi przyszło zaopiniować, czy ten krok ma sens. Nie miał. Nie dziś. Nie wśród tych czyhających pod taflą wirujących tańców władcy mórz. Przez chwilę pojawiły się jeszcze inne próby transferu, ale też nie zadziałały. Nie dziś. Taka noc…

Znów pozostało spędzić ją w półmroku biurowych świateł i przy monitorze. Tylko, że ta pozorna cisza niespodziewanie przywołała myśl o upływającym czasie. Jest prawie 3:00 nad ranem A który to już dzień mija odkąd nie możemy wyjść? Trzeci, czwarty? Nie, chyba piąty. Nieważne. Tak samo jak nieważne czy jest dziś poniedziałek czy środa. Na tych spokojnych falach czas płynie inaczej, ale wciąż niezmiennie płynie. Noce mijają raz szybciej, raz wolniej, w sobie tylko znanym tempie. Obudzę się za dwa tygodnie. A przecież dwa tygodnie to jak miesiąc. Za chwilę znów tu wrócę. Wyliczanki nie ma końca. Miesiąc? To już lipiec. A przecież wczoraj był styczeń.

Podobnie jak niedawno był rok 2012, sierpień, może lipiec. Jadę Fazerkiem przez Przełęcz Wyżną. Gdzieś, w głowie już dojrzewa pomysł przeprawy Łukiem Karpat, która rozpocznie się za kilka tygodni. Nie mam telefonu z kolorowym wyświetlaczem, stałego łącza do Internetu. Nie mam google ani innej maps, poza tą papierową w tankbagu kupioną na stacji w Cisnej. Polska, Bieszczady, Słowacja, Ukraina, Rumunia. I mam coś jeszcze bardzo cennego, co żyje ze mną niezmiennie od urodzenia. Wspomnienia, które przetrwają do dziś. Nie żyj wspomnieniami! nie rozpamiętuj! Nie przywiązuj się do rzeczy! Nie przywiązuj się do ludzi. Slogany współczesnego świata trochę za bardzo spłycają wartości jakie każdy z tych elementów niesie. Jak kształtuje i przeszywa ciało, choć czasem bez zrozumienia albo zgody, jeśli wiesz o czym mówię. Ale wspomnienia i ludzie to nie tylko rany i cierpienie. Wspomnienia i ludzie mogą koić i goić. Zasklepić ranę, która od dawna nie chciała się zagoić, skleić połamane kości. Znaleźć drogę przez jaskinie w skamieniałym sercu, które może ledwo, ale wciąż bije.  Gdyby ktoś odebrał te wspomnienia czy to dobre czy złe, cząstka mnie powoli zaczęłyby umierać…

Na Przełęczy jest takie jedno miejsce. Nie ma za bardzo jak się zatrzymać się, ale przy odrobinie szczęścia można motocyklem czy rowerem zjechać na pobocze i podziwiać wyjątkowy krajobraz. Tuż za parkingiem jadąc w stronę Wołosatego. To stamtąd rozprzestrzenia się jeden z piękniejszych widoków na Połoninę Caryńską. Sama przełęcz, jakich mało w Polsce jest też wyjątkowa, nie znajduje się w centrum jakiegoś kurortu ani nie jest oblepiona milionem reklam. Tu jeszcze króluje natura. Widzę rowerzystę, który utkwił w mojej pamięci po dzisiejszy dzień. A skoro przetrwał taką próbę czasu, ten tajemniczy dziadek raczej już w niej zostanie, jako symbol pięknej starości. Na moje oko ten pan może mieć w okolicach 80 albo się do niej zbliżać. W SPDach, kasku, co na tamte czasy nie było standardowym wyposażeniem każdego (nie)przeciętnego rowerzysty i swoim niebieskim sportowym stroju cisnął serpentynami pod górkę.. Oznaki starości na skórze i niewątpliwie sprawne mięśnie wzbudziły podziw i zainteresowanie już z daleka. Mijamy się na szczycie przełęczy. Każdy ze swoją osobistą refleksją i wizją trudu drogi, zapatrzony w kojący myśli krajobraz w oddali. Połonina Caryńska. Przez resztę tego dnia, myślę o tym, że cokolwiek nie wydarzy się po między dziś a jutro, kiedy i mnie dopadnie sędziwy wiek, chciałabym być tak sprawna jak miniony dziś rowerzysta…

Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że jego obraz zostanie ze mną tak długo i choć na co dzień nie wracam i nie myślę, o jeszcze dalekiej starości to spokojne błękitne fale Północnego Morza w jedną z bezchmurnych nocy przywołały na nowo te spotkanie, tak żywo i tak blisko.

Życzę Ci wędrowcze zdrowia i sił! Gdziekolwiek jesteś, dokądkolwiek nie zmierzasz, czymkolwiek się nie poruszasz… 

*zdjęcie pamiątkowe z jednego z przejazdu na wspomnianą przełęcz, jakich w tamtym czasie było wiele


W czasach ciasteczek, nie mam wpływu na to co dzieje się na zapleczu w silniku strony, czy przeglądarki albo urządzeń z których korzystasz, ale osobiście nie gromadzę i nie wykorzystuję Twoich danych. Nie gromadź i nie wykorzystuj moich. Cytaty, zdjęcia i co nie moje publikuję z poszanowaniem autora. Teksty na stronie są moją własnością, Chcesz je wykorzystać? Śmiało, ale nie zapomnij dodać, kto jest autorem.

Obserwuj

Rozszyfruj i pisz

contact malpa talesbytherodise eu