
Moje serce już wiele lat temu połączyła z Czarnogórą jakaś niewidzialna nić, która jest silna niczym pajęczyna. Miałam na liście Kotor i chciałam go zobaczyć. Jednak ze wszystkich miejsc, które przyszło mi zwiedzić, nie wybrałabym Kotoru na zostawienie części serca. Los chciał inaczej i nie pozostało nic innego jak tylko się z nim pogodzić.
Sama droga z Niksic nad Zatokę Kotorską była rzeczywiście jedną z piękniejszych tras również dla busa. Jak to w Czarnogórze, można było dostać się naokoło głównymi trasami przez Podgoricę i Cetinje. Ja jednak wybrałam drogę na skróty, choć czasowo dłuższą. Ale to właśnie te miejsca, gdzie nie ma oczywistej drogi, stwarzają klimat kraju i nie bez powodu zdecydowałam się właśnie na ten odcinek przez góry. Zresztą na mapie wyglądał na względnie przejezdny. Poza tym intersowała mnie ta część, bez widocznych zabudowań. Musiało tam być coś wyjątkowego, skoro główny ruch odbywał się inną trasą a tak wyraźna i zachęcająca nitka przez góry, istniała.
Pierwsze letnie domostwa, pojawiały się pod stromym zboczem drogi dopiero w okolicach Parku Lovcen. O tej porze nikt tu nie mieszkał. Nikt od strony Niksić najpewniej też nie jeździł. Dostanie się w te pierwsze zabudowania, było dużo łatwiejsze właśnie z przeciwnego kierunku. Nikt rozsądny nie nadkładałby drogi, przebijając się przez góry.
Niedługo zabraknie część górskiego labiryntu. Od morza powstaje kolejny odcinek nowego asfaltu, Zastanawiałam się, jak zmieni się miejsce, kiedy przyjadę tu kolejny raz.
Zima znów wróciła, co dawało sygnał, że byłam co najmniej 1100 m n.p m albo i wyżej. Zza chmur nagle zaczął przebijać się widok na Kotor i zatokę. Cieszyłam się, że ten ostatni niepewny odcinek przez środek budowy nowej drogi, bez objazdów, bez znaków i jakichkolwiek wskazówek udało się pokonać jeszcze za widna. Nocą byłaby duża szansa, że ta ostatnia „prawie prosta” zapędziłaby w miejsce, gdzie cel mógłby się tylko oddalać a zaległy śnieg zawrócić z i tak niewłaściwej ścieżki.
Wreszcie nadzieja, że znajdowałam się na odpowiednim torze. Pod kołami znów pojawiła się niewątpliwie droga, choć wcale nie asfaltowa i wizja końcówki etapu.
Imponujące i dostojne szczyty, obraz, którego klimatu nie odda żadna pocztówka ani zdjęcie. Spektakl, w którym główną rolę odgrywały chmury i góry, plątał się między niebem a ziemią. A ja? Stojąc na ponad 1500-metrowych szczytach, nie wiedziałam, czy jestem tylko obserwatorem – intruzem, czy już częścią tego krajobrazu. Z tej perspektywy Kotor prezentował się najbardziej widowiskowo.
Przede mną do pokonania zostały charakterystyczne na mapie kotorskie serpentyny. Po pustce ciszy i odludziu, przez jakie przyszło mi jechać, cieszyło, że trafiłam w to miejsce wczesną wiosną. Przejazd wąską ścieżką w pełni sezonu autem czy motocyklem mógłby być niezłą walką o życie, Zresztą oczami wyobraźni już widziałam sznur samochodów, który próbuje przebić się w oba kierunki oraz letników wypełniających każdą wolną przestrzeń, by znaleźć jak najlepsze miejsce na zdjęcie. Albo porzucone auta niekoniecznie na poboczu, bo tego często brakowało, by dostać się jak najbliższej pieszego szlaku, ach i jeszcze Ci rowerzyści… Serpentyny kotorskie są atrakcją turystyczną samą w sobie.
Kierunek Dobrota
Czego można spodziewać się po najpopularniejszym kurorcie w Czarnogórze? Miałam kilka powodów, by zakotwiczyć się właśnie w mieście. Po pierwsze, z racji na stan zdrowia Lotka potrzebowałam mieć w najbliższej okolicy weterynarza, który byłby godny zaufania. Trochę google, trochę rozmowa z poznanymi ludźmi spowodowały, że jeśli już miałam kogoś wybierać to w Kotorze jest lecznica, której szukałam.
Po drugie prognozy na kolejne dni niestety zapowiadały się deszczowo i burzowo w całej Czarnogórze. Na tamte czasy Bus Pełen Przygód nie miał wyposażenia jak dziś. Brak okien i webasto, jedynie chrashpad na podłodze. I wciąż mała nie do końca wykorzystana przestrzeń z powodu jeszcze niedopracowanego pomysłu na transport motocykla. Rzeczy jeszcze walające się to tu to tam. 2 czworonożne przyjaciele i wizja błota i gnoju, który niewątpliwie zrobiłby się w trakcie zlewy, były wystarczającymi argumentami. A i jeszcze… pranie, które na wyjeździe wyjątkowo szybko się gromadziło, a może to brak pralki i możliwości wyschnięcia sprawiały to wrażenie?
Ponad wszystkie racjonalne argumenty zamarzyło się też spędzić kilka dni w domku górskim u podnóża szczytów, gdzie będę mogła zrobić bazę wypadową na kolejne piesze i motocyklowe wycieczki a pieski będą miały bezpieczne i swobodne miejsce, gdy nie będę ich ze sobą zabierać. Lotek z dnia na dzień coraz więcej odpoczywał…
I ja i GPS gubiliśmy się w krętych zakamarkach Kotoru, miał być oczywisty zjazd na główną ulicę, tymczasem kolejne remonty i objazdy nie miały swojego odzwierciedlenia w elektronicznych mapach. Kiedy już wydawało się, że byłam na dobrej ścieżce, znów pojawiała się jakaś opcja nawrotki. Wreszcie korzystając z dawnych umiejętności orientacji w terenie, udało się trafić na wspomnianą główną drogę. Pozostało jeszcze odjechać kawałek dalej w stronę Dobroty i znaleźć zarezerwowany domek.
Stanęłam między domkami, gdzie pokierowała mnie pinezka z bookingu. Ani miejsce, ani dom nie pasowały do tego z ogłoszenia. A już na pewno nic w tej okolicy nie przypominało samotnego małego domku wśród zieleni u podnóża góry. Kontakt z właścicielem na szczęście odbył się bez problemów, a on doskonale wiedział, w którym miejscu się znajduję i pokierował, którędy jechać dalej. Wyjaśniając, że będzie trochę pod górkę, później w lewo…
I kiedy minęłam ten pionowy podjazd pod kątem prawie 90 stopni, by skręcić w lewo. Już miałam wrażenie, że wjeżdżam do kogoś na posesję i nawet nie ma możliwości nawrotki, tymczasem zza większego budynku wreszcie wyłonił się mój wyczekiwany domek, ten ze zdjęcia.
Czarne Audi niczym czarna Wołga
Jak się okazało, dotychczas rozmawiałam z synem, a na miejscu zastałam ojca.
– Czy może Pani anulować rezerwację z bookingu?
– Pewnie mogę, ale czy będę mogła zrobić przelew?
– Nie.
– Yyyyy w takim razie, czy będę mogła zapłacić przy wymeldowaniu? Trochę pobłądziliśmy i nie namierzyłam bankomatu.
– Ale jak z Nikśic jadę i muszę dziś wrócić. – Pan zdecydowanie nie wyglądał na zadowolonego.
– Więc proszę, żeby Pan chwile poczekał. Podjadę szybko motocyklem, żeby już nie manewrować busem między tymi ulicami i tak będzie pewnie ciężko zapakować w mieście. – Nie zdążyłam nawet zacząć wyciągać CRFKę…
– To, w takim razie pojedziemy moim autem. Zawiozę i przywiozę Panią. – Niewiele zastanawiając się, zgodziłam. Zależało mi już na zasłużonym po całodniowej przeprawie odpoczynku, już byłam wystarczającą zmęczona.
Zostawiłam busa i ruszyliśmy. Ale dopiero po zatrzaśnięciu drzwi i zjechaniu na drogę główną moje zmęczenie zaczęło podsuwać absurdalne pomysły. A co jeśli zaraz dostanę młotkiem w głowę? Albo przemiły Pan mnie zwyczajnie okradnie, wywiezie lub też gorsze sytuacje się wydarzą? Nie no przecież nie było to możliwe! Byliśmy wśród ludzi, w Kotorze! Dużym turystycznym mieście! No tak, ale było poza sezonem… A przecież tam zostawiłam i busa i pieski. Nie wiadomo, kto może się zjawić pod moją nieobecność. To ile czarnych myśli może pojawić się w głowie przez ledwie 15 minut, nawet mnie zaskoczyło.
Zaparkowaliśmy. Wysiadłam. Wypłaciłam pieniądze. Wróciłam do auta. Zapłaciłam przemiłemu Panu za nocleg. Pan odwiózł mnie pod domek. Przed odjazdem jeszcze zapytał, czy umiem rozpalić kozę i żebym się nie przejmowała, bo tutaj obok w nocy może ktoś przyjechać i zaparkować samochód, to sąsiedzi. Ale czy na pewno sąsiedzi?
Moja wyobraźnia znów zaczęła tworzyć niestworzone scenariusze, ale jak mawia mój tata – „wybujała wyobraźnia jest przyczyną niepotrzebnych stresów”. Na szczęście żadne z czarnowidztw się nie wydarzyło, nawet nie było bliskie, by się wydarzyć. Eh te przeklęte miasta…
Deszcz i Trzęsienie Ziemi
Rzeczywiście przez większość czasu spędzonego w Dobrocie padało, lało, grzmiało. Dobrze nam było w domku, gdzie koza grzała co wieczór a nocny widok na zatokę kotorską pogrążoną we śnie, przebijał się nawet przez ciężkie chmury.
Spałam. Około 4:00 zaczęły się jakieś dziwne turbulencje. Domek, choć stał trzęsło nim. Ja leżałam i czułam jakby pod ziemią, ktoś właśnie odpalał fajerwerki, które nie mogąc się wydostać na powierzchnie, robią się coraz mocniejsze i wyraźniejsze. Zaczęły trząść się szklanki i talerze. Wszystko wibrowało niczym telefon w kieszeni tylko na trochę większą skalę. To chyba nie może być trzęsienie? Czy może? Jak odczuwa się trzęsienie ziemi? Czy to dudnienie nie spowoduje, że za chwilę wszystkie skały zza domku zaczną się sypać i nas przykryją? Czy te mury za chwilę nie zaczną się kruszyć? Przecież motocykl stał przed domkiem! Na bank już był przewrócony… Nie miałam jednak odwagi podejść do okna, by to sprawdzić. Leżałam wryta w łóżko, poddając się tym wibracjom w oczekiwaniu, że zaraz się wszystko uspokoi… Ustało.
Na telefonie żadnych powiadomień, nawet czarnogórski numer milczał. Żadnych ostrzeżeń. Nic. A jednak kilka godzin później okazało się, że to, co wydarzyło się nad ranem, było trzęsieniem ziemi. A dokładniej to, co dotarło do Kotoru, było tylko jego echem. Epicentrum trzęsienia było gdzieś za górami 40 mil od Kotoru,. A wstrząsy o poziomie 5.4 w skali Richtera były odczuwalne nie tylko nad Zatoką Kotorską, ale też Chorwacji, Serbii, Bośni i Harcegowinie i innych rejonach Czarnogóry. Jakaś szkoła została zamknięta. A droga znów nieprzejezdna z powodu zniszczeń. Na szczęście nie było strat w ludziach.
To Montenegro zdarzają się trzęsienia ziemi? Tak, ale nigdzie się o nich nie mówi… ludzie wiedzą, że się zdarzają. Istnieje nawet jakaś policzalna grupa zapaleńców, którzy interesują się tematem i to głównie od nich można dowiedzieć się szczegółów, gdzie i kiedy można spodziewać się emisji. W Internecie nie znalazłam jednoznacznych informacji. Jedne źródła mówiły, że ostatnie trzęsienie w tych rejonach było rok temu, inne że trzy, jeszcze inne że ponad dekadę temu. Przyjaciele z Zabljaka, pytali jak u mnie był odczuwalny wstrząs? Lokalni mieszkańcy nie byli zaskoczeni.
Dla mnie, rodowitej Europejki z Południa Bałtyku, dotarło jednoznacznie, jak odległe i nieznane jest to zjawisko. Nie chciałabym kolejny raz znaleźć się w centrum trzęsienia czy to jego echa ani na miejszą, ani tym bardziej na większą skalę.
Spotkanie z Ivanem na Lustica Bay
Pogoda zrobiła się bardziej przychylna. Jeszcze długo siedziało mi w głowie trzęsienie, którego autentyczność też potwierdził Ivan. Cała gama myśli i emocji, pomieszana z niedowierzaniem, że to naprawdę miało miejsce, tak blisko, tak bardzo obok. Przyszedł jednak czas na eksplorowanie okolicy z poziomu kanapy motocykla.
Życie w stylu „zachodnim” na Półwyspie Lustica Bay dopiero się rodzi. Wymyślono, że właśnie tutaj powstanie kolejny ekskluzywny kurort dla bogatych turystów. Budowa miasta wyglądała imponująco. Nie była to odbudowa, po jakimś kataklizmie czy wojnie ani też rozbudowa istniejącej osady, by przerobić ją na miasto. Nie było tu starych opuszonych urbexów. To miejsce zostało zaplanowane i zaprojektowane od zera. Obraz trochę jak w grze komputerowej z tą różnicą, że na żywo. Miałam przyjemność zaparkować CRFkę na budowlanym parkingu, bo to właśnie Ivan był jednym z ważniejszych pracowników na wspominanym obiekcie.
Okolica zdecydowanie warta odwiedzenia, choć nie w moim stylu. Przynajmniej nie w tym przepychu bogactw i świecidełek. Ivan podpowiedział, gdzie warto jechać. Podobno nawet był gdzieś camping, który mógłby mi podejść. Niestety, jak się później okazało, jeszcze nieczynny.
Zanim jednak trafiłam do nowo powstającego kurortu, zatoczyłam koło przez cały Półwysep w poszukiwaniu ciekawych miejsc na nocleg, gdzie udałoby się zjechać busem i zaszyć na dłużej. Niestety w tych rejonach trochę zaczął mnie ograniczać brak napędu 4×4, dlatego wypad nad dwóch kołach poza motocyklową zajawką miał dodatkowy cel.
Ivan okazał się absolutnie przecudownym człowiekiem. Wcześniej mieliśmy okazję rozmawiać przez neta, a to za sprawą tego, że jest głównym linesmanem w tworzeniu tras TET w Montenegro. Odezwał się do mnie, kiedy na jednej z grup rzuciłam hasło o planowanym wyjeździe. Jednak dopiero teraz mieliśmy okazję spotkać się osobiście. Ivan przez całą podróż był dobrym duszkiem wyjazdu. Dzięki niemu wpadałam w miejsca odludne i nieuczęszczane. A on jak stróż zawsze pytał, gdzie się wybieram i jaką trasę planuję na dziś, bez względu, w którym rejonie Czarnogóry się znajdowałam. Wiedziałam, że mogę liczyć na jego pomoc, gdyby okazało się, że takowa będzie potrzebna. Kontakt pozostał do dziś.
Po drugiej stronie gór
Widok na góry dzielące mnie od Tiviat cały czas nie dawały spokoju. Jest maszt, więc bardziej niż pewne, że musi prowadzić do niego jakaś droga. Miejsce, w które codziennie wpatrywałam się, było tak odmienne od kotorskiego kurortu. Kolejne wybrzuszenia pokrywały się z nazwami niewielkich szczytów na mapie. Wreszcie ruszyłam w stronę dojrzewającego od kilku dni planu, by zbadać tajemnicze pasma, na którym zamieszkały chmury. Które było pierwszym obrazem przebijającym się z gęstego puchu, jeszcze ponad kotorskimi serpentynami. Które nie świeciło co noc jak bożonarodzeniowa choinka. Wystarczyło tuż za tunelem odbić w góry, w miejsce, gdzie zaczynała się eksploracja i przygoda.
Ivan zapytał, czy korzystając z dobrej pogody, wybieram się gdzieś na moto. Przedstawiłam mu zarys planu trasy. Potwierdził, że trasa jest jak najbardziej przejezdna i … przygodna.
Różnorodna dróżka między kolejnymi bunkrami wiodła przez las, szutry, kamienie i serpentyny. Niektóre momenty były bardziej wymagające. Rzeczywiście przy wspomnianym maszcie w okolicy szczytu Sveti Ilija puzzle z elementami krajobrazu skleił się w całość. Tam na wprost była zima. skąd niedawno przyjechałam, tu w dole uśmiechał się Kotor i domek w Dobrocie, gdzie czekają pieski. Jednak wciąż miałam drogę pod górę, za którą jeszcze powinna chować się kolejna część Zatoki a może też Adriatyk? Punktów widokowych na ścieżce było kilka, ale ten zdecydowanie utkwił mi najbardziej w pamięci. Może właśnie ze względu na tę przeklętą wieżę, która przez poprzednie deszczowe dni zaglądała do okna. Teraz byłam po właściwej stronie…
Czy to już było ostatnie pod górkę, nie miałam pojęcia, bo już przestałam liczyć, który to kamienisty podjazd? W którymś momencie CRFka postanowiła odpocząć i tym sposobem zlądowałyśmy na kamieniach w pozycji horyzontalnej. Na tyle, na ile, dało się pod tą górkę zlądować w poziomie. – Najwyżej posiedzimy tu sobie chwilkę i zaraz ruszymy dalej. Tymczasem z naprzeciwka nadjechało dwóch rowerzystów. A nasze zaskoczenie tym spotkaniem było na równym poziomie. Oni nikogo na szlaku nie widzieli. Ja, jak do tej pory też.
To był ten najlepszy moment, gdzie przed chwilą utracone siły wróciły ze zdwojoną mocą nakręcane tą radością z powodu spotkanego wędrowca. Spotkaliśmy się w takim miejscu, gdzie każdy z nas miał pod zajebistą górę. – Are you Itchy Boots? – No, I am not – So, what are you doing here in the middle of nowhere? – Yyyy, enjoying my Montenegro trip. What are you doing here? I tak zaczęła się rozmowa o tym, czego jeszcze można spodziewać się „po drugiej stronie” i pocieszanie, że ja za chwile będę miała górki, oni już mieli…
Okazało się, że byłam w środku najbardziej przygodnego odcinka. To chyba ten fragment miał na myśli Ivan, kiedy wspomniałam mu o pomyśle na trasę. Rzeczywiście czekał mnie jeszcze jeden „ten ostatni” kamienisty podjazd, zakręt o kolejne 180 stopni i wreszcie droga przyjęła kierunek w dół. Znów trochę stromo, kamieniście i przygodnie. A ja tylko cieszyłam się, że byłyśmy tu z CRF, a nie KLE. Przypominając sobie wyjazd do Grecji, gdzie podobne odcinki zmuszały do nawrotki na łagodniejsze fragmenty. CRFka zaprowadziła mnie w zupełnie inne miejsca.
Wręcz zrobiło się szkoda, że kamienie zamieniły się na przyzwoicie utwardzoną drogę. Ta za chwilę stała się szutrem i kolejno dziurawym i gładkim asfaltem. Byłam na przedmieściach Tivat i znów wkroczyłam do nadmorskiego kurortu mieszczącego się nad kolejnym fragmentem Zatoki Kotorskiej…
Lustica Bay po raz drugi
Wreszcie po kilku dniach przyszedł czas na pożegnanie z bazą w Dobrocie. Spakowana, odświeżona i po pełnym przeorganizowaniu ruszyłam jeszcze raz w stronę Lustica Bay. Wcześniejszy wyjazd motocyklem pozwolił znaleźć na mapie najlepszą miejscówkę na zakotwiczenie busa. Tym sposobem, kolejne kilka dni spędziłam nad Fortem Artz, który o tej porze roku pozostawał pusty.
Jedynie w ciągu dnia, od czasu do czasu zajechało jakieś auto osobowe z parą, która spacerowała w stronę wspomnianego fortu. Zupełnie nie przeszkadzało to w czytaniu książki „Ruchomy Zamek Hauru”. Podobnie jak pewien pan, który co wieczór nas odwiedzał. I z bezpiecznej odległości obserwował naszą małą bazę. Ani kolejny poznany piesek – istna kopia Fifka, który wpadał na smakołyki i bawił z Fifkiem.
Z Lotkiem i Fifkiem mieliśmy kamienistą plażę jakby na wyłączność i trochę z boku. Z przepięknym widokiem na Morze Adriatyckie oraz sam początek Zatoki Kotorskiej. Tam na wprost, za wodą, była już Chorwacja…
Wreszcie i busem zapędziłam się w nieodkryte rejony południowej strony półwyspu i ostatecznie trafiłam w okolice Plava Spilja. Zupełnie przez przypadek, bo na jednym ze skrzyżowań wybrałam „tą ładniejszą” drogę. Przystanek nad brzegiem morza, gdzie między kamieniami kryły się kolejne fortyfikacje. Na półwyspie Lustica jest ich ogromna ilość. Wszystkie pozostałości po wojnie nie zostały jeszcze ani odkryte, ani zbadane, choć w wielu miejscach można już napotkać tablice informacyjne o odwiedzanym obiekcie.
Kolejnego ranka chęć kąpieli w morzu zaprowadziła mnie w inną część kamienistej plaży. Tu, gdzie stał bus, nie było najlepszego dojścia. Na horyzoncie pojawiła się łódka. Czarna postać, zdecydowanie nurek, była jedyną osobą w okolicy. Ledwo wyszłam z wody, a gdy odwróciłam się w stronę nurka, by zobaczyć dalszy bieg zdarzeń, jedyne co udało się dostrzec to resztki białej piany i wzburzona fala od niedawnego skoku. Samotna łódka pozostała w oddali, zapewne czekając na powrót swojego właściciela, który rozpoczął eksplorację podwodnych tunelów…
Dzień, w którym odszedł przyjaciel
Śmierć nie przyszła wcale nagle i znienacka. Mieliśmy za sobą prawie miesiąc wyjazdu. Minęło prawie 3 miesiące od postawionego wyroku. I prawie 6 miesięcy od pierwszego stwierdzenia, że coś jest nie tak. Wiedziałam, że depcze mi piętach najtrudniejsza z decyzji. Ale odwlekana i odrzucana śmierć od piątku zbliżała się coraz śmielej. I coraz bardziej nie dawała o sobie zapomnieć również w nocy.
****
Mijała trzecia doba, odkąd nie udało się nakarmić Lotka i podać mu leków. Mijała trzecia doba, gdzie nawet odrzucał wodę, którą i tak coraz częściej przyjmował tylko strzykawką wprost do pyszczka. Tego dnia Lotuszek leżał bardzo słaby. Wreszcie zszedł z kocyka i schował się w bardzo niewygodnym miejscu, gdzieś krzakach nie chcąc już z niego wyjść. Trochę siłą zaciągnęłam go do samochodu, nie dziś, nie tu, nie teraz…
****
Czy nie było innego wyjścia? Na śmierć nigdy nie jest dobra pora. Jakkolwiek by się do niej nie przygotowywać i oswajać. Niemoc, żal i te milion pytań, czy można było zrobić coś inaczej, lepiej, więcej, inaczej? Dlaczego? Zastrzyk. Najpierw jeden, po chwili drugi. Lotek umarł na moich rękach 18 marca 2024 roku. Jeśli znasz to uczucie, w którym przytulasz się do pieska i zaczynacie oddychać tym samym rytmem, to właśnie w tamtej chwili czułam na ciele, jak jego serce bije coraz wolniej, coraz słabiej a bicie mojego nie rozpędzi już tego serduszka. Stało się. Nastąpiła przerażająco głucha cisza.
Zaczęło do mnie jeszcze wyraźniej docierać, co właśnie się wydarzyło. Na dodatek jeszcze wtedy nie wiedziałam, że kilka tygodniu później przyjdzie mi pożegnać małą Tarę, która zeszła z gór i trafiła do Busa Pełnego Przygdód w tak tajemniczy i niespodziewany sposób, jakby to Duszek Lotuszek wskazał jej drogę gdzie i kiedy powinna się pojawić. Gdzie dostanie schronienie. Łzy do dziś spływają po policzkach na myśl o tych niesprawiedliwych momentach. Nawet teraz.
Czas ruszać dalej
Rozbita w drobny mak, z pustką w sercu wróciłam do Fifka, który dzielnie czekał. – Dobrze, że jesteś. Pierwsze kilka dni na szczytach było tylko początkiem nowego etapu nie ile samego wyjazdu, dla mnie też życia. Spędziliśmy je Fifim gdzieś nad Radanovići, codziennie spacerując po bunkrze, próbując jakkolwiek odnaleźć się w nowej rzeczywistości.
Niewątpliwie osiemnastego marca wraz z Lotkiem część mojego serca zamieszkała na górskich pasmach Zatoki Kotorskiej… Akurat tego dnia dotarły też pierwsze ,dość dawno, wysłane kartki do rodziny i przyjaciół: „Z pozdrowieniami od Frytki, Fifuszka i Lotuszka”. Co chwilę wyświetlał się kolejny komunikat na telefonie w stylu „Dotarła, dziękujemy”.
To właśnie w trakcie tych najbardziej smutnych dni wreszcie słońce zagościło na dłużej, jakby chciało pomóc w zbieraniu sił. Przesuwające się chmury pchały zawieszone nad szczytami chęci do dalszej drogi, które z każdą sekundą osiadały tam coraz mocniej. I jeszcze ten dziwnie kłębiący się wiatr znikąd, Wszystko wskazywało, że nasz Duszek Lotuszek też rozpoczął nowe życie i wcale nie opuścił Busa Pełnego Przygód, tylko ruszy z nami dalej, gdy tylko będziemy z Fifim gotowi…
Kolejnego dnia, przebijałam się przez mniej zasiedloną część wybrzeża Adriatyku, i tak wróciliśmy z Fifim po raz ostatni tego wyjazd nad Lusticę.
Będąc w okolicy spotkaliśmy się jeszcze z Ivanem A zieloną noc nad Lusticą spędziłam nad mocno polubionym Fortem Artz.
W odległych planach z początku podróży kolejnym punktem po Kotorze miał być Bar, ale tak świeże wydarzenia spowodowały, że nie chciałam nadchodzących dni spędzać w kolejnym kurorcie. Choć to właśnie Bar ponad dekadę temu zaczepił tę niewidzialną nić, która w niewytłumaczalny logicznie sposób połączyła mnie z Montenegro.
Zaszyłam się w górach i tu było kojąco. Jeszcze przyjdzie moment, że wrócę do miasta. Tymczasem Szkoderskie Jezioro… To był odpowiedni kierunek. Rozsądek podpowiadał, żeby pomimo nie łatwiej sytuacji, nie odizolować się za mocno. Pozostało poszukać miejsca, gdzie będziemy mogli z Fifim znów chwilę czasu spędzić kwaterze. Trochę ogarnąć w busie, uzupełnić zapasy. Już któryś dzień kończył się gaz do kuchenki i każdy poranek mógł być tym, gdzie nie uda się wypić ulubionej kawy po przebudzeniu. Dać sobie jeszcze czas. Ochłonąć po ostatnich wydarzeniach, bo choć dni nieubłaganie mijały, wcale nie było lżej.
I tak zostawiając spory kawał serca nad Zatoką Kotorską trafiliśmy z Fifim do Miasta ze Schodów…
cdn.