Początkowo plan zakładał, że wieczory spędzę porządkując wyprawę Czarnogórską… Nie udało się. Wkrótce minie trzeci tydzień jak siedzimy z Tiną nad rzeką Warta a próba powrotu nad Czarnogórę nie wychodzi. Do tego codzienne pobudki o 5:30 i powroty do busa po 17:00 przypominają, że jestem tu w pracy. I powodują, że czuję się trochę jak na etacie. Ta historia nie będzie o pracy, ale o tu i teraz…

Rybaki

Czas zwalnia gdy z lokalnej drogi nr 483 w stronę Częstochowy za Ważnymi Młynami odbijesz w stronę Pruścic. W tym miejscu na rogu na przystanku możesz kupić grzyby i właściwie już wyłączyć telefon. Warto też uważać na rowerzystów bez świateł. Gdzieś tam w miastach krzyczą, że odblaski powinny być obowiązkowe. Wiem, sama to robię, ale tutaj czas płynie inaczej. Tutaj jestem gościem wśród wszystkich mieszkańców, którzy są schowani daleko od autostrad i krajówek. A od większych miast (Częstochowa, Radomsko) dzieli ich więcej niż 30 km. Dla maratończyka to nie jest spektakularny dystans, ale w życiu codziennym? Jeśli, ktoś rozjedzie tego rowerzystę, to albo letnik albo obcy, który zapomniał zwolnić na nowo wylanym asfalcie (wylanym w czasie mojego pobytu). Wcześniej dziury dyktowały tu limitu prędkości…

Na Campie cisza, w końcu jest październik, to nie sezon wakacyjny czy urlopowy. Zresztą pogoda i coraz krótsze dni też odstraszają mniej leśnych ludzi. Tu nie ma atrakcji dla turystów (oprócz spływów kajakowych). Atrakcje zaczynają się kilkadziesiąt kilometrów dalej na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Tam są historyczne miejsca i szlaki… Tutaj jest rzeka Warta, bezimienny las, kilka letniskowych rezydencji albo działek z przyczepami campingowymi i (na nasze nieszczęście) bezpańskich psów włóczących się w okolicy…

Ostatni dom na końcu wsi…

Kiedyś w mojej głowie urodził się obraz idealnego drewnianego domu. Ostatniego na końcu wsi. Do którego prowadzi zanikająca droga. A z każdym jej kilometrem w głąb zmniejsza liczba sąsiadów. Dalej miał być już tylko ten domek, dym z komina i las. To miejsce istnieje naprawdę! Odkrywam je pierwszego dnia w poszukiwaniu wejścia do lasu. Jego właścicielkę poznaje później.

Mieszka w nim pewna Pani, która po 40 latach wróciła w rodzinne strony. Zielony drewniany domek, z unoszącym się dymem z komina. Którego ściany pamiętają kilkadziesiąt lat wstecz. To za tym domem otwiera się brama lasu. Pani dzieli się swoją historią opowiadając o okolicy. Okazuje się, że bezimienny las, gdzie z Tiną już od dłuższego czasu biegamy też ma nie więcej niż 40 lat. – Kiedyś nic tu nie było, tylko pole. Teraz domy wyrastają wszędzie. A po grzyby trzeba było chodzić do lasu po drugiej stronie rzeki, bo tu go nie było. Kiedyś też była ścieżka na tamtą stronę. Teraz rzeka wije się w tym miejscu uniemożliwiając przejść suchą nogą.

Październik i najdłuższe 10 km

Bywają dni, że rano musze już skrobać szyby w aucie. Ale poranne zmagania rekompensuje widok parującej Warty. Czerwono-pomarańczowe wschody słońca i jeszcze oszronione trzciny, które mijamy codziennie pokonując tą samą drogę. Obrazek trochę jak z bajki, którego nie zobaczyłabym, gdyby nie ten przymus wstania. Później bywa różnie, ale słońce potrafi jeszcze zaświecić i temperatura sięgnąć 15 stopni. 15 to nie -15. Tylko każdy z tych poranków przypomina, że dzień będzie o kilka minut krótszy. Już w okolicy 18 zrobi się ciemno. A jeszcze chwila i będzie to 17.. Wszystko jest do zniesienia do póki nie pada…

Tamtej niedzieli deszcz nie pozwalał z rana wystartować z treningiem. Ambitne plany rozpływały się z każdą jego kroplą. Czekałam. Już mam za sobą maraton w orkanie… A to miał być tylko trening i mile spędzony wolny dzień! Choć najgorsze treningi, to podobno te, które się nie odbyły. W tym przypadku treningiem była przede wszystkim motywacja. Wreszcie po 15 niebo przejaśniało. Wreszcie ruszyłyśmy i zrobiłyśmy z Tiną pierwsze wspólne 10 kilometrów. Deszcz i wicher i tak dopadły nas na ostatnich 3.

Świst wiatru i kołyszące się korony drzew. Dźwięk pękających gałęzi i ta mistyczność lasu.. Przystanęłam. Niebo zaczęło odgrywać coraz ciekawsze sceny… Gdzieś w tym szumie przewinął się Duszek Lotuszka…

Ludzie

Stoimy nad rzeką, starszy Pan wita Tinę, ale ta jest nieco nieufna. W końcu zainteresowała się kijem, który dziadek trzyma jako laskę. I tak zaczyna się jego opowieść. W której mówi, że kiedyś miał 2 owczarki niemieckie. Pieski otoczone były opieką, miały budki, ciepłe kojce swoje wybiegi. Jedzenia im nigdy nie brakowało dożyły też sędziwego wieku. Około 14 lat. Ale jednocześnie mówi, że jedyne czego żałuje, to że nie poświęcał im wystarczająco dużo czasu… Nie chodził z nimi na długie spacery i że uświadomił to sobie dopiero po ich stracie. Żegnamy się życzliwie życząc sobie wszystkiego dobrego na kolejne dni…

W łazience niespodziewanie wpadają na mnie dwie młode dziewczynki. Może siostry? Początkowo są zmieszane ale już za kilka chwil na dworze rzucają Tinie patyka… W sumie wszyscy są zadowoleni. Ja się cieszę, że piesek się zmęczy (dzieci mają zdecydowanie więcej wytrwałości w rozmowach z małymi pieskami 😊)  a rodzice szczęśliwie mogą posiedzieć przy ognisku. Ekipa właśnie wróciła z kajaków.

Do naszej patyczkowej gromadki podchodzi mężczyzna. Spoglądając na rejestrację Busa. – Pani ze Szczecina? – Noo z Południa Bałtyku. Tak zaczyna się kolejne inspirujące spotkanie.. Przez ochdziesiąt niezliczonych minut przewijają się tematy od życia w busie po wycieczkę do Norwegii. Swoją drogą cieszę się, że miałam możliwość odwiedzić ten kraj. A właściwie to z małymi przerwami spędzić tam prawie pół roku…  

Wymieniamy się doświadczeniami. Mężczyzna opowiada jak niegdyś starym Ducato podróżował ze swoją rodziną, później sytuacja zmusiła do sprzedaży auta. Doskonale to rozumiem, nie zawsze jest czas miejsce i przestrzeń na życie w busie. Każdy ma inną historię. Miło ich posłuchać… Nie każdy odważy się też na spływ kajakowy jesienią. To było oczywiste, że tematy do rozmów kleiły się do ostatnich chwil nim każdy z nas poszedł w swoją stronę…

Spontaniczny, swobodny naturalny… kontakt! 

Starsza para wraca ze spaceru. Tina chętnie wybiegła przywitać ich ochoczo. Wbrew moim planom by nie witała każdego przechodnia. Udało się ją zatrzymać sposobem. A starszy pan widząc, że piesek do niego nie biegnie jeszcze bardziej nawoływał. I dłuższą chwilę każdy wołał pieska w swoją stronę. Wreszcie krzyknęłam do pana – Dobrze, niech Pan woła! Uczymy się przywoływania i rozpraszaczy! Tina ostatecznie wybrała busa. A ja poszłam podziękować za pomoc w ogarnięciu szczeniaka. I tak rozpoczęło się kolejne spotkanie. Czas jeszcze bardziej stanął w miejscu. Dowiedziałam się o planach na zagospodarowanie terenu. Sezonowych problemach lokalnych mieszkańców. I trochę o problemach… małżeńskich. Gdzie starsza Pani co rusz dodawała, że nie łatwo jest być domatorem wśród odkrywcy. Jaka jest definicja „powsinogi” ? I czy na przestrzeni lat cokolwiek się zmieniła ustaliliśmy już wspólnie. Było wesoło. Starszy Pan tylko nie mógł wyjść ze zdziwienia, że jeden panel słoneczny „wystarcza” i że w ogóle montuje się panele słoneczne na samochodzie… bo, że tam na polu sąsiada to oczywiste..

W tej części Polski czas płynie inaczej…

Słaby zasięg telefoniczny i szarpany Internet sprzyjają żywym rozmowom. Rzadko spotykane w oziębłych hotelowych pokojach. Jeszcze zdarza się, że na weekend wpadnie jakaś ekipa, by odpalić disco i Capitana Jacka. Wiecie tak w 100% po Polsku jak znamy z memów.  Wpadają otumanić się procentami i wykrzyczeć w jesiennym usypiającym bezimiennym lesie. Dobrze, że tylko w weekend… Głośno, ale znośno. Dźwięk webasto i muzyka Xawiera Rudd pozwalają zasypiać, by o 5:30 rozpocząć kolejny dzień…


W czasach ciasteczek, nie mam wpływu na to co dzieje się na zapleczu w silniku strony, czy przeglądarki albo urządzeń z których korzystasz, ale osobiście nie gromadzę i nie wykorzystuję Twoich danych. Nie gromadź i nie wykorzystuj moich. Cytaty, zdjęcia i co nie moje publikuję z poszanowaniem autora. Teksty na stronie są moją własnością, Chcesz je wykorzystać? Śmiało, ale nie zapomnij dodać, kto jest autorem.

Obserwuj

Rozszyfruj i pisz

contact malpa talesbytherodise eu