
Drogi Czytelniku, wybacz mą bezpośredniość od pierwszego zadania, ale to dlatego, że historia, którą masz przed sobą, będzie trochę inna niż dotychczasowe. Oczywiście opowieść wyjątkowo przydrożnicza, bo Sebastian dosłownie siedział przy drodze kilka godzin, nim udało mi się go namierzyć. Przez nią przetoczy się też trochę więcej osób. Niemniej to, co za chwilę przeczytasz, będzie przedstawiało zaistniałe wydarzenia z mojej subiektywnej perspektywy. Ale wiedz, że każda z osób, która mniej lub bardziej pośrednio uczestniczyła pamiętnego wieczoru w leśnej przygodzie, mogłaby dołożyć wiele do przedstawionej moimi słowami wersji.
Ale co właściwie wydarzyło się w sobotnie, jesienne, słoneczne, październikowe popołudnie na cmentarzu w okolicach byłego niemieckiego obozu jenieckiego Barkenbrugge i dlaczego ta historia jeszcze się nie skończyła?
Od początku
Ciężko powiedzieć, od którego momentu zacząć. Mogłyby być to rozmowy jeszcze na statku i niewinnie przewijający się pomysł na jakiś wypad motocyklowy w czasie wolnym? Albo…powodem całego zamieszania mogłaby być książka. I to nie byle jaka – Olga Tokarczuk – Bieguni. Taka hmm, stojąc z boku może nawet trochę o nas? O ludziach, żyjących w drodze…
Początkowo myślałam, że reklamowana pozycja wciąż jeździ ze mną w busie, więc nie będzie problemu z pożyczeniem. Za 2 tygodnie znów siądziemy na wirtualnej fajce, tym razem dzieląc się wrażeniami nie sprzed a po przeczytaniu lektury.
Jednak książki w busie nie znalazłam, co było dla mnie dość zaskakujące. Czyżbym jednak ją wyciągnęła? Kiedy? Pozostawało jedno miejsce, gdzie mogłaby się chować, ale to miejsce było zdecydowanie oddalone o setki kilometrów od Morza Północnego — w Koszalinie.
Zresztą zaczynając od tego punktu historię, musiałabym rozwinąć rozdział i opowiedzieć Ci Drogi Czytelniku więcej o wirtualnych fajkach i niekończących się rozmowach na każdy temat, a to dość mocno odbiłoby od sobotnich, popołudniowych wydarzeń…
***
Inny początek tej historii można zaczepić o mój wyjątkowo planowy pobyt na dzielni, na szeroko pojętym Południu Bałtyku. To powrót po ponad 2 miesiącach stałych rozjazdów. Miałam ochotę usiąść w swoich ulubionych miejscach. Popatrzeć się na księżyc nad Rosnowem, poszukać Lotuszka w trzcinach, zrobić szafkę w Busie. Takie mniej i bardziej przyziemne sprawy a przy okazji namierzyć tą jedną z ulubionych książek, choć chwilowo zaginioną.
Szczególnie, że Sebastianowi też przewijał się w głowie pomysł jesiennej wycieczki na moto.
– Marzy mi się jeszcze wyjazd motocyklowy. Przygoda!
Nawet w jednej z rozmów zapytał, czy może mnie odwiedzić? Co dla mnie było dość ciekawym i absurdalnym pytaniem. To nie mnie się odwiedza! To ja odwiedzam kogoś. Ale Sebastian mógł tego jeszcze wtedy nie wiedzieć. A akurat nieprzypadkowa chęć posiedzenia „na miejscu” i zaginiona książka trochę wyklarowały ten luźny plan. Odwiedzić? No czemu nie… Rzuciłam więc luźno tuż przed wyjściem ze statku – to może wpadniesz po książkę?
I tak urodził się pomysł na wyjazd, który z małym opóźnieniem zaczął być realizowany… Opóźnienie pojawiło się trochę niespodziewanie, bo mój Gość zachorował w czasie, gdy chciał wyruszyć i właściwie znów zaczęliśmy modyfikować pomysł, czy faktycznie przyjazd jest zasadny. Ale każda próba coraz bardziej rozjaśniała, że czas i odległość to dla nas umowne terminy a mój przyszły Gość koniecznie chciał pojechać na wypad motocyklowy.
– Brakuje mi przygód!
Słyszałam jeszcze wielokrotnie.
W ostatni weekend października…
Ja wciąż byłam jedną nogą na wyjeździe po płaskiej Europie. Doskonale znam potrzebę przygody, wiedziałam też, że nie ma takiej siły, która byłaby w stanie Wolnej Duszy wybić z głowy pomysł jesiennego wyjazdu na motocyklu. Nie zrobiła tego choroba, tym bardziej nie zrobię tego ja, choć rzeczywiście przez chwilę rozsądna cześć mnie mówiła, że może jednak w tej sytuacji dla Sebastiana, świeżo po chorobie, pociąg byłby bardziej wskazany? Później zastanawiałam się, a co ja bym zrobiła w takiej sytuacji? No oczywiście, że wsiadła na motocykl… nawet gdybym miała jechać kilkugodzinną trasę w trzy dni. Wciąż jedną nogą byłam na wyjeździe po płaskiej Europie. A Sebastian powtarzał, że jeśli będzie miał siły wsiąść do pociągu, to będzie miał siły wsiąść na motocykl. Dla mnie miało to sens.
***
Ale moje myśli rozbiegły się w jeszcze innych kierunkach. Ostatnia przeprawa przez Płaską Europę wciąż nie dawała za wygraną… Znów wieczorem siadałam na Cyferce, która stała w Busie i zamykając oczy, wypatrywałam w możliwości powłóczenia po ulubionych rejonach Południa Bałtyku. Może nawet w klasycznym towarzystwie KLE? A może jednak uda się pojechać z Trampkiem i jego właścicielem przez las na ognisko pod Rosnowskim niebem albo nocą przejść dookoła jeziora?
A może jak nie Rosnowo! Bo dlaczego by nie pocisnąć na Chrząszczewo i po drodze odwiedzić KLE? I tak mijały kolejne wieczory między środą a piątkiem, a w głowie rodziły się pomysły na małą jesienną rundę dookoła komina. Wyjaśniło się też, że mój Gość planował przyjechać w sobotę przede wszystkim po książkę, a reszta? Zobaczymy gdzie pogoda i czas nas poniosą. W międzyczasie w Busie Pełnym Przygód powstał też pawlacz nad motocyklem i nawet udało się zrobić porządek.
Tymczasem los przyglądał się wszystkiemu z boku i podśmiechiwał. Miał zupełnie inne plany. A tego pamiętnego sobotniego wieczoru przekonałam się (zresztą nie tylko ja), że z deszczu pod rynnę można wpaść nawet, jak nie pada…
O jeden kilometr za daleko…
Nastała sobota. Sebastian dostał ode mnie 3 pinezki, gdzie jechać. Mieliśmy opcje spotkać się odrazu pod garażem, albo może jednak już pod mieszkaniem, albo od razu na zatoce? Mój dzień toczył się swoim szalonym trybem, a gdy zerkałam na ślad, jakim poruszał się Sebastian i Trampek zwany Kogutem, jeszcze spacerowałam z pieskami nad brzegiem Morza Bałtyckiego bez poczucia czasu.
Dźwięk telefonu usłyszałam już pod mieszkaniem, myśląc, że nastąpiła całkiem tajemnicza synchronizacja. Rzeczywiście zegar wskazywał, że Sebastian powinien być w niedalekiej odległości Rosnowa. Nie zdążyłam jednak odebrać telefonu, a później nie mogłam się dodzwonić. Gdy spojrzałam na traking, już był wyłączony. Wszystko zaczęło wyglądać trochę dziwnie i początkowa tajemnicza synchronizacja, gdzieś się ulotniła. No cóż, może mój Gość zmienił zdanie i przepadł. Nie umawialiśmy się jakoś radykalnie… Wreszcie telefon znów zadzwonił, a tam dość zmieszanym głosem i w przerywanym połączeniu usłyszałam:
– Nie wiem, jak Ci to powiedzieć. Ale.
– No ale, co? No mów po prostu co się stało.
W telefonie było odczuwalne zakłopotanie i jakaś dziwna cisza. Wreszcie próbując trochę dowiedzieć się, co się stało, zapytałam po prostu, gdzie był ten Szalony Jesienny Motocyklista. Dowiedziałam się tyle, że jeszcze nie dojechał i wciąż gdzieś w lesie koło chyba Bornego Sulinowa.
W trakcie jazdy zaproponowałam Sebastianowi, żeby nie leciał nudnym asfaltem między Poznaniem a Koszalinem, tylko obrał ciekawszy odcinek przez Wałcz i Borne Sulinowo i jak się okazało z rozmowy, postanowił skorzystać z tej propozycji i zjechał z głównej trasy na Bunkry w Bornem.
– Chyba do Ciebie dziś nie dojadę, przepraszam.
W głowie od razu urodziła mi się jedyna słuszna odpowiedź. Skoro Wolny Duch był nadal okolicach Bornego wśród pięknych rejonów i całej mistyczności tego miejsca a za chwilę zacznie się ściemniać, to najwyraźniej zechciał tam zostać na noc. Co byłoby nawet jednym z bardziej rozsądnych rozwiązań w kontekście ostatnich pomysłów, jakie przewinęły się przez nasze głowy. Ale dla pewności zaczęłam dopytywać o powód niedojechania. Skoro chce zostać na noc, może po prostu podjadę Busem i tam się spotkamy, a nie w Rosnowie? No, chyba że już nie miał chęci na spotkanie. Kolejne sytuacje rodziły kolejne możliwości.
– Nie doajdę, bo chyba złamałem nogę.
– Coooooo? Oooooookej….ale, że jak?
Tym razem to mnie opanowało zakłopotanie! I wtedy po raz pierwszy usłyszałam historię o niefortunnej glebie na błocie już w drodze powrotnej z Bunkrów w stronę asfaltu. Było w tym trochę śmiechu, więc jeszcze się utwierdziłam, czy to na pewno nie jakiś średnio zabawny dowcip – aż tak się nie znaliśmy, a poczucie humoru bywa różne, więc kto wie..
Sebastian jednak nie żartował ani przez chwilę. Do tego leżał już jakiś czas w lesie, w miejscu całego wydarzenia, próbując jakoś wyjść z sytuacji. Poźniej dowiedziałam się, że w tym czasie próbował podnieść motocykl, czołgał się między przodem a tyłem Koguta, ściągnął bagaże… Nim do mnie zadzwonił, minęło około godziny od upadku, bo jak to stwierdził:
– Nie chciałem Ci sprawiać problemów…
Zasięg był bardzo kiepski. Rozmowę co chwilę przerywało, ale udało się zebrać niezbędne informacje o lokalizacji. Pozostało mi wrócić po psiaki i zaniesione już zakupy, zapakować się z powrotem do Busa Pełnego Przygód i ruszyć po Szalonego Jesiennego Motocyklistę. Przecież od Bornego dzieliły mnie ledwo 2 godziny.
W subiektywnej ocenie klarowała się szybka i sprawna akcja. Miałam pinezkę. Według Sebastiana do miejsca dało się dojechać autem. A według GPSa za około 2 godziny powinnam wpakować Koguta na pakę, Sebastiana na przód i polecimy do szpitala w Szczecinku sprawdzić nogę, czy rzeczywiście złamana. Zresztą w szpitalu spędzimy co najwyżej kilka godzin, ewentualnie dostanie gips. Pojedziemy do Koszalina i pomyślimy co dalej.
Sebastian był w okolicach cmentarza przy obozie jenieckim Barkenbrugge. Przed nami ostatnie kilkadziesiąt minut słońca, do zmierzchu będzie po sprawie.
Zresztą jeszcze w tej szarpanej rozmowie prawie że bez słów zgodziliśmy się co do tego, że nie było sensu fatygować służb medycznych i wołać karetki. Mnie pewne doświadczenia podpowiadały, że to też nie jest takie oczywiste znaleźć kogoś w środku lasu, nie znając terenu. Więc nie jest powiedziane, że i karetka nie będzie miała kłopotów ze znalezieniem pacjenta. A może w tym czasie ktoś będzie pomocy potrzebował pilniej? Stan krytyczny nie był. Poradzimy sobie sami… Poza tym równie oczywiste dla nas było, że gdyby ta sytuacja wydarzyła się w każdym innym miejscu na ziemi, a nie na własnym podwórku zrobilibyśmy dokładnie tak samo. Poradzimy sobie sami!
Początkowo trasa wyglądała całkiem przyzwoicie
Nie odbiłam jednak wcześniej na Silnowo, które wskazywało na dłuższą trasę. Choć znam tę drogę, posłuchałam GPS, chcąc dojechać jak najszybciej do Połamańca. Dopiero za Szczecinkiem GPS nie wiedzieć czemu pokierował mnie przez lotnisko w Wilczych Laskach i dosłownie wpuścił w las! Gdzie przez kolejną godzinę kręciłam się mniej więcej w promieniu 7 km od miejsca docelowego, bez właściwego dojazdu i nie zbliżając poniżej magicznej cyfry.
Wreszcie zaczęło się ściemniać, a ja wciąż to raz zbliżając, to raz cofając, czesałam las w niekoniecznie legalnych miejscach, próbując jakkolwiek zminimalizować dzielący nas uparcie siedmiokilometrowy dystans. Nic z tego…
Sytuacja po zmierzchu zaczęła się robić coraz mniej ciekawa i pożałowałam, że nie obrałam znanej drogi przez Silnowo. Nie zliczę już, ile razy zawracałam z dróg, prowadzących donikąd. Nawet niefortunnie zakopałam się dwa razy, co też szybko podpowiedziało, że jeśli tak dalej pójdzie, stracę kolejne godziny na powrót do Wilczych Lasek i znalezienie innej drogi.
Chyba zbyt pochopnie i bez odpowiedniego szacunku oceniłam lasy bornego, zapominając o historii, mistyczności i magii miejsca. Borne zdawało mi się takim prawie że podwórkiem i uśpiły czujność. A fakty były takie, że GPS żył już dawno swoim życiem, ja błądziłam w ciemnościach po drogach nienadających się dla Busa, czas nieubłaganie gonił a Sebastian niezmiennie leżał ze złamaną nogą przy obozie jenieckim Barkenbrugge. Pośpiech omotał na tyle, że nie znalazłam czasu na zlokalizowanie i ustawienie właściwego urządzenia GPS tylko patrzyłam na kiepskie google maps i krajobraz dookoła.
Wreszcie zbliżyłam się na około 4 km do punktu docelowego. Przede mną na leśnym skrzyżowaniu wyrosła piaszczysta góra, którą początkowo chciałam pokonać. Jednak po chwili zrezygnowałam z tego pomysłu. Nie widziałam jakie nierówności czekają za szczytem. Zaczęłam cofać i tu był mój niewątpliwy koniec.
Sromotna porażka
Owszem dwa razy udało się wyjechać i wyprowadzić Busa z błota, ale nie tym razem. Utknęliśmy w krzakach po ciemku, zbaczając z drogi. Dla mnie już nie było szans na wyciągnięcie busa w pojedynkę. Teoretycznie mogłabym „bawić się” dalej. Może więcej gałęzi, a może jakaś teleporada a może finalnie jakiś pomysł przyszedłby do głowy? Opcjonalnie nawet nocleg w tym miejscu nie byłby problematyczny, gdybym miała poszukiwać pomocy kolejnego dnia. Z perspektywy Busa było to całkiem ciekawe miejsce na nocleg. Mieliśmy z pieskami na pace wszystko do życia, a oczywiste było, że za dnia wiele spraw wygląda mniej krytycznie, niż pod osłoną nocy. Auto nie miało żadnej awarii. Ot utknęliśmy. Rano mogłabym na spokojnie pobiec do pobliskiej wioski po miejscowego z traktorem czy nawet podjechać Cyferką, która wciąż była na pace…
No ale… Sebastian wciąż leżał ze złamaną nogą przy obozie jenieckim Barkenbrugge 4 km ode mnie i to tam należało skupić swoją uwagę i resztę energii.
Kolejny pomysł urodził się z potrzeby chwili. Szarpanym zasięgiem na szczęście udało się wyjaśnić Sebastianowi bieżącą sytuację i fakt, że jeszcze musi chwilę zaczekać. O dziwo był bardziej spokojny niż ja. Do mnie dopiero po rozmowie dotarło, że trochę nakrzyczałam na człowieka, który już kilka godzin leży ze złamaną nogą i nie jest zupełnie winny sytuacji, w której znalazłam się z Busem.
– A jesteś w stanie usiać na motocyklu?
– Jak trzeba będzie to tak.
– Idę do Ciebie. Zawiozę do szpitala i wrócę po Busa i pieski.
– Ja się nigdzie nie wybieram.
Mniej więcej tak zakończyła się nasza ostatnia rozmowa. Jeszcze nim ruszyłam, zadzwoniłam do Rajmunda, z pytaniem, czy jego Hilux da radę wyciągnąć Busa z krzaków. Rajmund oczywiście wybuchnął uzasadnionym śmiechem. Mógłby pomóc, ale dopiero kolejnego dnia. Po wysłuchaniu szybkiego skrótu zdarzeń zaproponował inne rozwiązanie, by wrzucić info na jedną z grup, gdzie ludzie jeżdżący autami 4×4 pomagają sobie w podobnych sytuacjach. Podróże kształcą, nawet nie wiedziałam o istnieniu takiej grupy…
– A wrzucaj!
I tak nie miałam nic do stracenia. Z kaskiem pod pachą i lampą turystyczną na głowie (dosłownie, bo nie mogłam znaleźć latarki czołowej) ruszyłam pod felerną piaskową górę w stronę pinezki, z każdym kolejnym krokiem dziękując sobie, że w tej sytuacji dobrze się stało, że Bus utknął w takim, a nie innym miejscu. Tymczasem pieski z pełną michą jedzenia i wody zostały, czekając na mój powrót… Może wreszcie zaczną dziać się jakieś pozytywne rzeczy?
Prawie ostatnia prosta
Miała ledwo 4 km i powinna mi zająć w okolicach 20 min. Finalnie zajęła prawie godzinę. W międzyczasie przypominałam sobie, jak to jest z tymi nocnymi rajdami na orientację. Wróciła myśl o jeszcze tak niedawno planowanym nocnym przejściu wokół jeziora Rosnowskiego, który zresztą miał się odbyć w towarzystwie mojego już Połamanego Gościa. W innej chwili wracały Duchy Bajkału, przypominając o dniu, w którym od rana do zmierzchu pchaliśmy w śniegu rowery, pokonując dystans najdłuższych w życiu 8 km. Te 4 km nocnego rajdu na orientację mogłam z powodzeniem wrzucić do podobnego worka… Tak blisko, a tak daleko…
W myślach odwiedzały mnie też coraz częściej spotykane w miastach zagubione dzikie zwierzęta. Sarny, Rysie, Dziki błądzące wśród ulic. Ale tym razem to nie jakiś zagubiony Dzik czy Sarna próbowali wydostać się z miejskiej dżungli. Tym razem to dwoje ludzi próbowało odnaleźć się w gęstym lesie owianym tajemnicami historii, wojny i już pod osłoną nocy. Czułam, że mieszkańcy lasu przyglądają się nam od samego początku tej szalonej akcji. Stoją z boku i ukradkiem obserwują sytuację z zaciekawieniem, ale wcale nie zamierzali przeszkadzać.
– A jak Ty człowieku poradzisz sobie na naszym terenie?
Wreszcie po kolejnym zakręcie w lewo pojawiła się wyraźna prosta piaszczysta ścieżka. Zrobiło się też widnej. Tu las się przerzedził. Z beznadziejnej nawigacji pozostały już tylko 2 kropki, zbliżające się do siebie na pustym ekranie. One też dawały nadzieję, że byłam na dobrej drodze. Przed ostatnią górką usłyszałam klakson Koguta. A po nim już mój okrzyk radości wypełnił okolice. Najwyraźniej latarnia, którą niosłam na głowie, dała wyraźną łunę na horyzoncie i Sebastian zauważył zbliżające się światełko, choć dzieliła nas jeszcze spora odległość. Ze szczytu górki w ciemności, w oddali już udało się dostrzec wyraźne zarysy. Znaleźliśmy się! Po ciemku, bez zasięgu, splątani przez tajemnice i niewyjaśnione moce rejonu! I choć nie zbliżyliśmy się ani o metr w stronę szpitala a Bus wciąż stał uwięziony kilka pagórków dalej, to cała beznadziejność i komplikacja sytuacji prysły w sekundę i już czuliśmy się uratowani. Nawet gdyby przyszło tu zostać do rana przy ognisku albo gdybym miała wrócić po psiaki i dwukrotnie pokonać tę trasę.
Prawie nieoczekiwany zwrot akcji
Jednak na miejscu, z bliska widok nie był już tak optymistyczny, jak jeszcze kilka godzin temu. Sebastian siedział owinięty w śpiwór z nogą opartą na bagażach. Zmarznięty z braku ruchu a spod śpiwora wystawały lodowate dłonie. W całym tym zamieszaniu przytuliliśmy się jak starzy dobrzy przyjaciele, którzy spotkali przypadkiem po latach w nieoczywistym miejscu. Dogrzanie go od zewnętrznej strony było wręcz niemożliwe, a przynajmniej nie w tak krótkim czasie. Ciuchy izolowały z zewnątrz i jednocześnie w środku i ciało coraz mocniej się wychładzało.
Pomoc jednak już po nas jechała. Podczas nocnego rajdu na orientację, gdy jeszcze resztki zasięgu sięgały telefonu, Rajmund potwierdził, że jakaś ekipa po nas jedzie i choć w planie było wyciągnięcie Busa, wiedziałam, że najpierw poproszę o przewiezienie Sebastiana do szpitala.
W krótkiej rozmowie z Sebą udało się ustalić, że i on wezwał kogoś do pomocy do wyciągnięcia Busa.
***
Obok dało się zauważyć wyraźne ślady ślizgu i upadku. Trampek leżał na swoim prawym boku, wyglądając równie smutno i bezbronnie jak jego kierowca. Uzbrojona w nowe moce podniosłam Białego Koguta.
– Ty kolego, też już za długo leżałeś…
Co ciekawe w czasie całej feralnej wywrotki Trampkowi nic się nie stało, no może poza połamaną owiewką. Zresztą Sebastian też miał czyste ciuchy, które nie wskazywały na żadne spotkanie z błotem. Tylko te jeszcze wyraźne ślady zdradzały, że rzeczywiście coś się wydarzyło. A nam już wracały humory do żartów. W oczekiwaniu na pomoc rozkminialiśmy, co mogło być przyczyną złamanej nogi? Może uderzenie piszczelem o gmole? To, że noga jest złamana, już wiedzieliśmy.
***
Zanikający zasięg nie ułatwiał kontynuowania działań. Postanowiliśmy, że nie będziemy też odwoływać Emila, który zmierzał do nas z Połczyna Zdrój. Wnioski z poprzednich lekcji szybko nasunęły się same i nie wiedzieliśmy, jakie jeszcze niespodzianki przygotował dla nas na dziś borny las… Nasi wybawcy jechali ze Szczecinka w kierunku Busa. Emil w kierunku pinezki, gdzie był Sebastian.
Znów wykadrowała się szybka aktualizacja planu. Jeśli ekipa do wyciągnięcia Busa zjawi się przed Emilem, zawiozą Sebastiana do szpitala, ja poczekam na Emila. Zgarniemy Trampka i jeszcze wrócimy po Busa i pieski. Lub też zrobimy odwrotnie.
Co jakiś czas otrzymywałam stos SMS-ów o próbie połączenia. W większości od obcych numerów i Rajmunda. Wreszcie udało się dać znać SMS-em, że już nie potrzeba więcej ekip do pomocy.
Jakimś fartem udało się nawet odebrać telefon od Rajmunda, który powiedział, że ekipa dotarła do Busa, ale nikogo tam nie zastali i nie wiedzą, co robić. Przekazałam SMS-em pinezkę na właściwą lokalizację i kilkanaście minut później zjawiła się wesoła terenówka z młodzieżą chętną przygód.
Z auta wyłoniły się dziewczyny i od razu wysnuły pytania.
– Ale jak Ty się tu znalazłaś?
– Przyszłam.
– Sama? Przez ten las?
– No tak, ale miałam lampkę.
– Ale Ty masz jaja!
To była całkiem zabawna rozmowa, ale na obecne czasy spieszę z wyjaśnieniem, że nie mam jaj, a jajniki i wole chłopców a mówiąc dosłownie mężczyzn. Niemniej tę konwersację odebrałam jako komplement. Oczywiście w dalszej części padały historie o mieszkańcach lasu i przede wszystkim wilkach i o strachu, który paraliżuje mocniej niż rzeczywiste niebezpieczeństwa. Każdy z nas to kiedyś czuł i niekoniecznie w ciemnym lesie. Ale ja wiedziałam, że tej nocy to nie zwierzęta utrudniały nam spotkanie i te jakkolwiek wyglądające, ale ratowanie…
Dalej poszło już całkiem sprawnie w porównaniu do wcześniejszych okoliczności. Część ekipy została z Sebastianem w oczekiwaniu na tajemniczego Rangera, który miał go zawieźć bezpośrednio do szpitala, a druga część ekipy ze mną pojechała spakować Trampka i odkopać busa. I mniej więcej w tym momencie zaczęło padać. Możemy się jedynie cieszyć, że nie wcześniej!
– Za chwilę spotkamy się w szpitalu!
Jeszcze chwilę błądziliśmy, jadąc w kierunku Busa, ale nieoczywista trasa i zanikające ścieżki nikogo już nie dziwiły. Zresztą chłopcy znali ten las dość dobrze. Wreszcie w jednej z odnóg w oddali ujrzeliśmy światła Rangera. Poprosiłam kierowcę, żeby podjechał bliżej. To musiał być Emil! Któż inny o tej porze byłby w tak nieoczywistym miejscu?
Rzeczywiście w rozmowie okazało się, że Emil z dziewczyną szukają jakiejś pary motocyklistów, których mają zabrać do szpitala i później wykopać Busa. Przedstawiliśmy im zaktualizowany plan i pokierowaliśmy w stronę Sebastiana. Byli tak blisko, a jednocześnie tak daleko, a to, że zbłądzili, też nie dziwiło.
Wyciągnięcie Busa i wpakowanie Trampka w towarzystwie wesołej, szalonej i pomocnej młodzieży było niczym wisienka na torcie. Chłopcy asekurowali Busa do wyjazdu na względnie przejezdną drogę, na wypadek gdybyśmy mieli jeszcze raz się zakopać.
Szpital
Na miejsce dotarłam chwilę później, wciąż zastanawiając się, dlaczego ta cholerna nawigacja nie mogła od początku poprowadzić tak oczywistą i przyjemną leśną drogą? Jakie tajemnice ukryte w bornym lesie tak bardzo nie pozwalały nam się sprawnie znaleźć? W poczekalni minęłam się z Emilem, jeszcze chwilę porozmawialiśmy, po czym odjechał. Sebastian był gdzieś za ścianą w pokoju u lekarzy. Nie zdarzyliśmy nawet ustalić wersji odnośnie tego co robimy dalej. Działo się dużo wszystkiego i naraz.
W szpitalu też równolegle za ścianą i na recepcji odbywały się dwie rozmowy.
– Gdzie Pan mieszka? Gdzie Pan jechał? Do Koszalina? Pan mieszka z dziewczyną w Koszalinie?
– Tak, ta Pani na recepcji wszystko powie.
– A kim pani jest dla tego Pana?
– Partnerka.
– Imię, nazwisko, dowód pacjenta, adres poproszę…
W międzyczasie po rentgenie okazało się, że Sebastian powinien zostać na oddziale. Nie wykluczono operacji w poniedziałek. Teoretycznie moglibyśmy jechać do Koszalina bez przyjęcia na oddział, ale to z Koszalina jeździ się na Oddział Chirurgiczny do Szczecinka. Pielęgniarki pozwoliły się zobaczyć i przegadać sprawę, w końcu w oczach szpitala byliśmy parą. Dopiero gdy zaczęliśmy rozmawiać, powiedziałam po ciuchu Sebastianowi, że na potrzebę sytuacji zrobiłam z nas parę. Szybko okazało się, że mój niedoszły Gość zrobił w międzyczasie to samo… Po czym śmiech opanował tą dość niecodzienną sytuację. Fakty jednak były bezkompromisowe. A pozycja Sebastiana nieciekawa. Złamana noga, wycięcie z życia i pracy na co najmniej miesiąc – a przynajmniej tak optymistycznie do tego podchodziliśmy w tamtym momencie. Randomowe bagaże i Kogut w Busie Pełnym Przygód z perspektywą transportu i utknięcia w Koszalinie na bliżej nieokreślony czas. A z każdym moim pytaniem odkrywało się coraz więcej niewiadomych tej Wolnej Duszy.
I tak już nie w lesie a w szpitalu Sebastian leżał na kozetce i choć wyglądał jak po armagedonie i najpewniej już na lekach nie tracił pozytywnego nastroju, ale oczy jakby trochę się szkliły… Ja stojąc obok, próbowałam jakoś rozsądkiem objąć tę sytuację, zastanawiając, co tu się właściwie wydarzyło w ciągu tych ostatnich kilku godzin?
I nadal nie wiem jak to jest z tym van lajfem w białym drewnie i czystej pościeli z widokiem na ochy i achy? Ale przecież w Busie Pełnym Przygód nie ma nudy. Gdy jeszcze wczoraj montowaliśmy ze Staszkiem pawlacz, myślałam… no teraz to już będzie porządek! Nie sądziłam, że dziś będę jechać w środek lasu w okolicę Góry Śmierci pod Borne Sulinowo, gdzie zasięg gaśnie a noc i tajemnice lasu przejmują władzę. Gdzie od kilku godzin leżeli Sebastian i Trampek, którzy mieli wpaść tylko na kawę i spacer po Rosnowskim lesie… Ale los chciał inaczej! Bus Pełen Przygód osiadł w błocie zakopany. Pieski dzielnie go strzegły. A mi ostatnie 4 km przyszło przypomnieć sobie, jak to było z tymi nocnymi rajdami na orientację. Gdzie w trakcie spaceru odwiedziły mnie Duchy Bajkału, pomagając pokonać ostatnią drogę. Znaleźliśmy się po ciemku i bez zasięgu. I jeszcze na koniec ta niewiarygodna pomoc znajomych, siła internetu i pomoc nieznajomych doprowadziły w to miejsce… Z tuptających po głowie refleksji wyrwały mnie słowa.
– Myślę, że to początek wieloletniej przyjaźni…
– Myślę, że też.
– Nie zostawię Cię tu samego!
– Dziękuję.
I tym sposobem początkowo planowana motocyklowa jesienna podróż po trasach Południa Bałtyku albo to wymarzone ognisko, lub chociaż spacer wokół jeziora Rosnowskiego skończyły na pikniku z motocyklami i pieskami w Busie Pełnym Przygód pod szpitalem. I kolejnych rozmowach, choć już nie na pokładzie i wirtualnej fajce a przy szpitalnym łóżku.
Pamiętnej sobotniej nocy do Busa wpadło tyle przygód, że ledwo się wszyscy zmieściliśmy. Dzielnie czekałam do ostatnich chwili w nadziei, że uda się Połamańca wyciągnąć ze szpitala przed rychłym wyjazdem na Morze Północne.
Nie udało się jednak Sebastiana wyciągnąć ze szpitala ani w niedzielę (choć to akurat było trochę zrozumiałe ze względu na weekend), ani w poniedziałek, który był naszym krytycznym terminem. Nie udało się też ani we wtorek, ani w środę. Dopiero w czwartek udało się odebrać Szalonego Jesiennego Moturzystę i zdalnie przy pomocy przyjaciół zawieźć do Koszalina. Medina przekazał klucze i wraz z Ptakiem pomogli mu odnaleźć się w nowym miejscu.
***
W poniedziałkowe popołudnie, gdy już stało się jasne, że Sebastian nie zostanie wypuszczony ze szpitala, zaczęłam zastanawiać się, jak zorganizować transport do Koszalina. Kolejne rozmowy wyjaśniły, że nie tylko randomowy bagaż i Kogut utknie w Koszalinie na dłużej, a i mój Gość. Tylko gdy dołączy, klasycznie mnie już na miejscu nie będzie. Z pomocą przyszła wiadomość od Ani…
– Frytka! Uratowałaś naszego kolegę Chlora! Dziękujemy!
Od słowa do słowa udało się ustalić, że przyjaciel Ptaku będzie mógł odebrać i przetransportować Sebę… Mnie pozostało obserwować resztę wydarzeń z daleka. Jednak zanim to nastąpiło, czekała mnie jeszcze wieczorna trasa ze Szczecinka do Koszalina i kolejno wyrzucenie z Busa motocykli oraz bagaży pełnych rzeczy i przygód, przygotowanie niezamieszkałej od wielu miesięcy chaty na wizytę Gościa, odstawienie piesków i szybki teleport na Morze Północne.
Na szczęście i na tym etapie znów dobre osoby przewinęły się przez zdarzenia i tak oto Rajmund i Sławek pomogli wygrzebać Trampka, a nawet Cyferkę z Busa i zameldować w garażu.
***
Nie można pominąć profesjonalnej opieki, jaką Połamaniec otrzymał na miejscu od przyjęcia po dzień wyjścia… Zarówno ekipa na SORze jak i lekarze byli bardzo pomocni, choć początkowo wydawało nam się, bardzo dziwne, że tak Go trzymają, skoro szybko wyjaśniło się, że złamanie nie było bardzo poważne i operacji nie będzie! Jednak z perspektywy czasu rozjaśniło się, że warto było leżeć te kilka dni w bezruchu pod okiem lekarzy.
Jak mówi klasyka nie ma przygód bez przygód…
Pierwsza spokojna i trochę odprężająca rozmowa już w nowych poza szpitalnych realiach przemierzała między falami Morza Bałtyckiego, nad niemieckim niebem oraz znów falami Morza Północnego, wciąż przypominając, że całe zamieszanie miało miejsce w tych tajemniczych rejonach Wału Pomorskiego. I choć od wydarzenia minęło kilka dni, w nas cała historia wciąż mocno siedziała, wciąż jakby wczoraj. „Tylko złamana noga” przypominała, że był potencjał no tuzin innych mniej optymistycznych scenariuszy. A za chwilę znów uśmiechy wypełniały przestrzeń, bo niezmienne wracały słowa Sebastiana jeszcze sprzed startu… „Brakowało mi przygód”.
***
Z bardziej przyziemnych spraw, dowiedziałam się między innymi, że schody okazały się dość trudnym wyzwaniem na początku. I podobno nawet pojawił się pomysł, żeby wnieść Połamańca na krześle. By później usłyszeć od wesołej ekipy przycinającej w gipsie przestrzeń na małego palca… „no tak, tylko Frytka mogła wpaść na pomysł, żeby wieźć człowieka ze złamaną nogą na motocyklu”. A przecież to był zarówno dla mnie jak i dla Sebastiana bardzo realny i oczywisty plan… Znów fala śmiechu przelała się przez dzielące nas kilometry.
W którymś momencie błogą rozmowę przerwał dość wyraźny pisk czujnika gazu, który też postanowił przemierzyć fale Morza Bałtyckiego, znów przez niemieckie niebo i fale Morza Północnego.
– Nie, to się nie dzieje, prawda?
Ale to się działo właśnie tam i wtedy! A mnie znów w jednej sekundzie ogarnęła bezsilność i niemoc. Nic nie mogłam zrobić. Słysząc w słuchawce raz to krzyk z bólu, raz to śmiech odpowiadałam tym samym i czekałam, aż Połamaniec potwierdzi, że otworzył okno i wyłączy piszczałkę.
– Tak szybko jeszcze nie schodziłem z łóżka.
Tylko że z mojej perspektywy bezradnie leżąc w kabinie na 4 decku wśród fal Morza Północnego „te szybko” trwało dłużej niż tak niedawne 5 godzin spędzone w oczekiwaniu na pomoc, dłużej niż te 4 km rajdu na orientacje w ponad godzinę w ciemnym lesie, dłużej niż cały dzień pchania rowerów przez śnieg na Bajkale. A finalnie? Cała akcja trwała może z 10 min, gdzie w międzyczasie pojawił się też Medina, biegnąc nie wiadomo skąd, bo akurat nie było go tych kilka pięter wyżej… Pomógł przeorganizować w mieszkaniu tak, by w podobnej sytuacji nie było problemu z resetem czujnika i otwarciem okna.
***
A do Sebastiana vel Chlora i mnie pomimo odległości dość wyraźnie zaczęło docierać, że właściwie to ta przygoda dopiero się rozpoczyna…