Strzępki z Podróży – Czechy 2011, czyli kontynuacja podróży już bez Irka

Kolejna częśc z przejazdu z 2011 roku. Celowo bez zmian w oryginalnym tekście, by przywołać klimat tamtych chwil. Z całego wyjazdu powstała jedynie luka między Francją a Czechami. Tzn. te Niemcy, które wówczas przejeżdżałam nie zrobiły na mnie jakiegoś większego wrażenia. Wprawdzie analogowa mapa wciąż ze mną jeździ i też co nieco zostało z odcinka, ale na pewno po tylu latach nie będę w stanie odtworzyć tak szczegółowo niemieckich przygód, jak w poniższej historii z Czech

Od tej strony Czech jeszcze nie zwiedzałam. Ale i tak czułam, że jestem już, bliżej niż dalej. Z jednej strony fajnie, ale z drugiej? Niech ten wyjazd się nie kończy!

Wpadłam do Cheba, jeszcze na granicy, odwiedziny w stacji benzynowej. Nauczona po przeprawie przez Niemcy, tym razem postanowiłam zakupić inną mapę.

A najlepiej do wezmę atlas, pewnie jeszcze nie raz wyląduję w Czechach, to będzie na kolejne wypady. (Wspomniany atlas Czech na stałe zamieszkał w Busie Pełnym przygód – dopisek 2025).

Atlas był i to całkiem dokładny, z każdą możliwą drogą. Nawet tą, którą ledwo co było widać w rzeczywistości.

– To jeszcze kawa. I może jeszcze szybki telefon do domu z informacją, że między mną a Polską tylko jedna granica. I obiadek, bo jak już się zatrzymałam… A i łańcuch nasmaruję, będzie na dziś z głowy. – No i co jeszcze mi się przypomni? – Ahhh no tak, toaleta. A nooo i najważniejsze. Wypadałoby obrać jakąś trasę.

Pierwszy cel – Usti nad Labem

Ile kilometrów? Nie wiem… ale czy to ważne? Było wcześnie, dzień długi, nie będę sobie żałować. Zresztą w Czechach, to już mogłam paść byle gdzie. Główne drogi? Nie, to nie dla mnie. Od razu odbiłam na północ. Postanowiłam jechać górami wzdłuż granicy. I to był… idealny wybór. Po tylu przejechanych kilometrach, wiedziałam, jak obrać przyjemną trasę, przy okazji pozwiedzać no i wynieść z odcinka masę pozytywnych wrażeń.

Czeskie wioski są… hmmm jedyne w swoim rodzaju. No może Słowacja jest też podobna. Ale, akurat to nie powinno nikogo dziwić. Czechy są krajem, który w moich oczach, mógłby być nawet idealnym państwem. Jest tu wszystko, co potrzeba cisza, spokój, wspaniały dywan pod moto, małe wioski, gdzie można się osiedlić i ceny, do których jestem przyzwyczajona. Jest tylko jeden potężny minus. No jakby nie patrzył, nie ma tu morza! Choć i tak jest lepiej, niż na Węgrzech. Gdzie poza brakiem owej życiodajnej wody, to przez większą część kraju jest płasko.

Toczyliśmy się Van Vanem przez… Luby, Kraslice, Nejdek, Ostrov, Klasterec nad Ohri i Litvinov. Miałam dylemat, czy nie wzbić się jeszcze wyżej w góry. Ale z drugiej strony, ta droga, którą się poruszałam, była na tyle przyjemna, że zaspokajała potrzeby. Co jest wyżej? Jeszcze nie wiem, ale dzięki temu mam powód, by jeszcze tu kiedyś wrócić i zabłądzić tam, gdzie tym razem się nie udało.

Popołudnie

Pogoda powoli dawała się we znaki, była końcówka września. Jeszcze ciepło, ale już podmuch jesieni dawał się we znaki. Zatęskniło się do tych śródziemnomorskich upałów, których oczywiście w momencie jazdy miałam dość. Ale gdyby tak chociaż te 15 stopni w górę? W Albanii nadal termometr wskazywałby ponad 30 stopni Celsjusza.

Przyjemnie zjeżdżało się przez Novą Role do Karlovy Vary. To większa miejscowość. Wpadłam do Pennego po obiad i kolację. Na półkach moim oczom ukazała się makrela w sosie pomidorowym z Ustki, to już wiedziałam, co dziś będę jeść. A na deser czekolada Studenstska – czeski klasyk.

Kiedy dojeżdżałam do Teplic dobijała godzina 19. Na mapie wyraźnie był zaznaczony camping. Nic prostszego, tylko się tam władować. Jak się okazało, nie było to tak oczywiste, jak wydawało się z początku. Zatrzymałam się na stacji i pytałam o miejsce  Niestety nikt nie był w stanie powiedzieć cokolwiek na ten temat, bo… nie wiedział. Kolejny camping widmo. W sumie już dawniej zauważyłam, że w każdym kraju miejscowi, o okolicznych hotelach, campingach czy atrakcjach turystycznych wiedzą najmniej. Najlepiej spytać innego turystę gdzie i co warto. Tylko tam, gdzie najbardziej lubię jeździć, turystów często brak. Ale jest też inna strona medalu, jeśli już na takowego trafię… to są to też nietypowi, interesujący ludzie.

Na stacji jeszcze kawa i tankowanie. I tu… mała przygoda. Kiedy już wskakiwałam na moto, wybiegła ekspedientka z moją kartą bankomatową. Nawet nie zorientowałam się, że kartę zostawiłam przy kasie. No to by było… zostałabym bez pieniędzy, no oprócz niezliczonej ilości drobnych w kieszeni i na dodatek o różnej walucie. Gadu, gadu, ale zmierzch się zbliżał a noclegu nie było. Kolejne miejsce na potencjalne kimanie zlokalizowałam w okolicach Chabrovic. Na mapie było oznaczonych sporo jezior, więc tym bardziej miałam pewność, że coś się znajdzie. A ostatecznie pozostanie opcja rozbicia obozu na dziko, gdzieś przy wodzie. Na drodze pojawiła się tablica informacyjna. No to z górki… Skręt, w prawo, potem lewo, jeszcze rondo i już… Tylko campingu nadal nie było widać. Miałam nie lada zagadkę. Czy to ja źle szukam, czy o co tu chodzi? Wreszcie jakaś polna droga doprowadziła mnie do wielkiego campusu. Tylko szkoda, że brama zamknięta i zero ludzi. Hmm… czemu mnie to nie dziwiło? Skoro w okolicy tyle jezior, to muszą tu być jeszcze jakieś pola namiotowe. Postanowiłam zrobić kolejny rekonesans, póki widno. Jak się okaże bezskuteczny, najwyżej wrócę tu i… coś wymyślę.

Nawrotka i dalsze poszukiwania przyjemnego noclegu. W międzyczasie trafiłam na tor crossowy…

– Ojj poskakałby na hopach. – Ale niestety nie było czasu, a przede wszystkim czym.

Dalej w drogę!

Wreszcie w okolicach 20:30 trafiłam na camping. I powiem wprost, to był najlepszy camping, na którym kiedykolwiek spałam. O nazwę nie pytajcie, bo standardowo nie pamiętam. Ale jak kiedyś traficie do okolice Teplic, na nocleg kierujcie do Prestanov. To chyba jakiś ośrodek dla sportowców. A przynajmniej wtedy, w moich oczach, na takiego wyglądał.

Z jednej strony płotu recepcja, z drugiego końca czynny bar. Podjechałam do recepcji. Z budki wyszły 2 Czeszki. Pewnie jakieś koleżanki, którym przerwałam właśnie rozmowę. Przywitały mnie serdecznym uśmiechem. A ich zdziwienie było nie mniejsze niż moje. Ja, szczęśliwa i zadowolona, że już u celu. One ciepłym śmiechem i z lekkim niedowierzaniem patrzyły przed siebie… Bo właśnie pod koniec września, już po sezonie, o dziwnej wieczornej porze, w środku tygodnia podjechał motocykl. A na domiar za kierownicą nie siedział stary brodaty Easy Rider, tylko młoda dziewczyna, i jeszcze, jak okazało się po ściągnięciu kasku blondynka i nie Czeszka, a Polka. Jak zauważyła recepcjonistka, zupełnie niecodzienny widok. Jeszcze długo trwało nim przeszłyśmy do konkretów, czyli meldowania.

Lubię dogadywać się z Czechami, zresztą nawet trochę rozumiem co mówią. Często przez to, że nie raz w Czechach już bywałam no i przez te słynne czeskie filmy. I tak oto łamanym polskim, czeskim się dogadywałyśmy. Ale wspólny język znalazłyśmy przede wszystkim, międzynarodowym, uniwersalnym – mów głośno i wyraźnie jednocześnie gestykulując.

A wyglądało to mniej więcej tak:

– Mały namiot, small tent, 1 noc, 1 osoba, 1 night, 1 person – mówiąc jednocześnie pokazywałam symbol małego namiotu.

Recepcjonistka uśmiechając się, przytakiwała, że rozumie o co mi chodzi. Spisała dane z dowodu osobistego, wytłumaczyła gdzie toalety i podała kluczyk z numerem 14.

– Yyyyy to ja mam kluczyk do namiotu? – Do tej pory jakoś udawało mi się wchodzić i wychodzić bez kluczy, no ale ok. Wzięłam kluczyk od recepcjonistki.

Sympatyczna pani wytłumaczyła mi, że za dziesięcioma dużymi „tentami” są małe „tenty” a mój będzie 4. Tak czy owak przyszło do płacenia i…

– Euro? Is it ok?

– Tak, nie ma problemu.

– Ile?

– 5.

Hmm… 5 euro. W cenie toaleta i prysznice, do tego jeszcze kluczyk do namiotu a podsumowując i tak najtańszy nocleg. I za to kocham Czechy.

No to do kieszeni i tu… niespodzianka, bo pusto. Aaaa no tak, zapomniałam, wszystko w sakiewce. Więc ja do sakiewki a tam obok macedońskich denarów oraz rumuńskich lei, zaplątało się dokładnie ostatnie 5 euro w drobnych. I w tym momencie jeszcze raz przypomniało mi się, jakie mam szczęście, że karta kredytowa się znalazła nim się zdążyłam zorientować, że ją zgubiłam.

– Jeszcze raz dzięki i dobranoc.

– Dobranoc

Wyjechałam za recepcję i tam wąską betonową drogą poleciałam wprost do drewnianego domku nr 14. Domek był tak uroczy, że nie mogłam się na niego napatrzeć. Gabarytami rzeczywiście był niewiele większy od namiotu. Otworzyłam drzwi. Okno naprzeciwko wejścia, a po dwóch stronach łóżka piętrowe. W sumie 4 miejsca do spania, do tego z boku szafa. Pod oknem stolik i coś, co mnie najbardziej zdziwiło – gniazdko. A co jeszcze bardziej mnie zaskoczyło – działające! Pośrodku było dokładnie tyle miejsca, co na Van Vana! Gdyby nie ten wysoki próg wielkości krawężnika, pod które tylko służbowe auto może podjechać, dumnie wjechałabym do środka.

Wykąpałam się po wyjątkowo długim dniu, podłączyłam kompa – wreszcie mogłam go z efektem naładować i zasiadłam w tej przecudnej chatce. Teraz przyszedł czas puszkę makreli w sosie pomidorowym a na deser Studencką i czeskie piwo. Nim zaczęłam planować trasę na kolejne dni jeszcze zerknęłam w zdjęcia, które do tej pory zebrałam z wyprawy. Powoli czułam, że koniec zbliża się wielkim krokiem, bo na dobrą sprawę już jutro będę, tak jakby w domu, a na pewno wśród swoich.

Znów dwie strony medalu…

Z jednej strony chciało by się jeszcze pojechać dalej w niekończącą się podróż, ale z drugiej, w głębi duszy, tak najnormalniej w świecie, uświadomiłam sobie, że po prostu tęsknie. Za rodziną, za Kazikiem za przyjaciółmi, za Karkonoszami… A poza tym… ehh no nawet i bym pojechała gdzieś dalej, ale na Boga! nie Van Vanem! Za Fazrem też tęskniłam! To był odpowiedni czas, by tę wyprawę zakończyć. I tak działo się wiele. Znów wróciły wspomnienia z początku wyjazdu. Z południowego wschodu Europy – kiedyś tu jeszcze wrócę, to bardziej niż pewne.

Jeszcze na koniec przeglądałam zdjęcia z Francji, co chwila ciesząc się do ekranu i zastanawiając. No jak to wszystko się dzieje, że gdzieś tam w trasie spotkałam akurat Irka i sprawy potoczyły się akurat tak a nie inaczej!

Wreszcie zasiadłam i do mapy, poszukując ciekawej trasy na dzień kolejny.

– Pierwszy cel na jutro? Novy Bor, a potem Jablonne i dalej Chrastawa. Potem już będę na wysokości Polski i w Izerach.

Rano pobudka, już nawet nie liczyłam, która tej podróży. Pogoda późnojesienna, rano rosa na Van Vanie. Namiotu składać nie musiałam, więc pakowanie zajęło mniej czasu niż zwykle. Wyspana, wypoczęta, gotowa do drogi. Ruszyliśmy…

Kierunek Pasterka

Na wyjeździe zaczepiła mnie jeszcze przemiła recepcjonistka. Chwilę rozmawiałyśmy. Pytała, gdzie skąd i w ogóle co ja tu robię. Wczoraj jakoś nie było na to czasu. Więc jej pokrótce przedstawiłam zarys trasy, który pokonałam. Pytała, gdzie jadę… Nachód, Kudowa-Zdrój, Brumov – te rejony. Dokładnie wiedziała, gdzie to jest.

– Aaaa Karkonosze, Skale Miasta…

– Dokładnie tam.

Z uśmiechem odjechałam. Zapewne jeszcze kiedyś tu wrócę. Spojrzałam na trasę i dotarło do mnie, że wreszcie będę miała okazje przejechać się tymi winklami, o których opowiadał Tomek. Oooo tak, czyli jeszcze sobie skorzystam. Nie będzie to taki prosty powrót, byle jak najszybciej.

Jechałam krajową 14. Stanęłam w Korenov na skrzyżowaniu i tu wręcz padłam ze śmiechu i poniekąd wrażenia. Planowo miałam kierować się dalej 14, w prawo na Trutnov. W lewo droga numer 10 wskazywała na Szczecin. Po trzech tygodniach, po przejeździe przez tyle krajów praktycznie naraz, po pokonaniu tych wszystkich odległości, widok napisu „Szczecin”, na wielkiej tablicy informacyjnej, do tego jeszcze za granicą wprawił mnie w nie lada zamieszanie.

– Hmmm, to może jednak zmiana planów? Może jednak Szczecin? Wpadnę do Kazika z czekoladami. Frytka nie! Cała Ty! Weź chociaż raz trzymaj się planu… – i tak przez część trasy klasycznie gadałam sama ze sobą. Ale niby z kim miałam rozmawiać skoro jechałam sama a repertuar piosenek pod kask skończył się jeszcze w Albanii…

Zrobiłam pamiątkowe zdjęcie pod tablicą. Przejście w Jakuszycach, które tym razem postanowiłam ominąć prowadziło przez Szklarską Porębę na północ. Ja odbiłam na Jablonec nad Jizerou. Tu też zaczęła się trasa wspomniana przez Tomka.

Jestem w Karkonoszach!

Trasa u podnóża Karkonoszy. Asfalt przeplatał się przez rzeki Jizerkę i Lucni. Widoki były nieziemskie i jak się okazało, wcale nie trzeba było jechać daleko w Europę, bo ciekawe zakątki znalazły się na wyciągnięcie ręki. Oczywiście inny krajobraz niż południowy wschód, czy Alpy, ale… całość dopełniały właśnie te ulotne chwile. To głównie one nadawały smak podróży. W głowie został mi moment startu śmigłowca na przedmieściach Varchlabi. W oddali wyłaniał się Masyw Śnieżki. Samolot wzbijał się przy drodze, wydawało się, że tuż nad moją głową. Dojechałam do Trutnova. Drogę stąd do Nachodu znam już na pamięć, ale to nic. Już i tak miałam dość wrażeń i pogodziłam się z myślą, że podróż się kończy. Jechałam tymi znanymi drogami wspominając. A to jak Kazikiem i Jackiem pierwszy raz wpadliśmy z Lubawki w te rejony. Wtedy żądni czeskich winklów i idealnego asfaltu wariowaliśmy na drodze. A z jeszcze większym uśmiechem wróciłam do historii, kiedy na kilka dni przed wyjazdem w Europę, tuż przed Nachodem, zaliczyliśmy z Tomkiem niegroźnego szlifa, kiedy to nagle przed nami wyrósł zakręt 90 stopni. Jechaliśmy w deszczu, nie wyhamowałam. Ja spadłam z moto gdzieś w bok, a Tomek razem z fazrem zaliczył obrót 180 stopni lądując na lewym pasie. Dobrze, że nic z naprzeciwka nie jechało.

– Stara! Nic Ci nie jest?

– Nie a Ty?

– Cały!

– Uff! Dawaj go do góry.

Pojechaliśmy dalej. Trochę tych przygód się narobiło…

Żeby nie mówić koniec, nowy początek…

Minęłam granicę. To oznaczało jedno. Byłam już w Polsce W Kudowie-Zdrój pod sklepem tak zwanym „tym, co zawsze”, zadzwoniłam do rodziców. W końcu miałam zasięg i nie musiałam płacić jak za zboże. Ale widziałam też, że długo tym zasięgiem się nie nacieszę, bo zniknie tuż za Drogą Stu Zakrętów. To był jedyny moment na telefon.

– Jestem, dojechałam! Nawinęłam 9000 km. Pozdrawiam już z Polski. Teraz jadę do Pasterki, nie wiem na jak długo. Pewnie w przyszłym tygodniu już do Was zajadę, ale… wiesz jak jest, nic nie mogę obiecać. Mama się zaśmiała. W końcu zna mnie najlepiej. Pojechałam dalej.

Już w Polsce, ale przygoda jeszcze się nie kończyła, zresztą trochę urlopu też zostało, więc nie było potrzeby się jakoś specjalnie spieszyć.

– Jak miło znów toczyć się Drogą Stu Zakrętów… z lewej Błędne Skały, z prawej skręt na Duszniki… jeszcze moment i już Karłów. Teraz ostatnie lewo i autostrada Pasterska. Jest i ten cholerny głaz na środku drogi, który wszystko zasłania. Parking u podnóży Szczelińca Wielkiego – ooo zaraz i do góry wejdę!! Jeszcze te 3 serpentynki i jestem! Mijam tablicę Pasterka. Z lewej kościół z prawej, szlak, zaraz za nim Szczelinka… już dojeżdżam! Wreszcie w prawo dziurami i szutrem w górę.

Byłam na miejscu…


W czasach ciasteczek, nie mam wpływu na to co dzieje się na zapleczu w silniku strony, czy przeglądarki albo urządzeń z których korzystasz, ale osobiście nie gromadzę i nie wykorzystuję Twoich danych. Nie gromadź i nie wykorzystuj moich. Cytaty, zdjęcia i co nie moje publikuję z poszanowaniem autora. Teksty na stronie są moją własnością, Chcesz je wykorzystać? Śmiało, ale nie zapomnij dodać, kto jest autorem.

Obserwuj

Rozszyfruj i pisz

contact malpa talesbytherodise eu