
O znienawidzonym Lazurowym Wybrzeżu, o tym jak poznałam Irka i o… kulminacyjnym punkcie wyjazdu, który odmienił bieg spraw! Początkowo miała być podróż życia?
Opisnana poniżej poniżej historia miała miejsce w wrześniu 2011 roku. Celowo nie zmieniałam tekstu, żeby oddać klimat tamtych chwil. W kilku momentach dodałam jednak odnieśnienie do obecnych czasów, bo przez 14 lat wiele się wydarzyło…
W oryginalnym tekście Nie wspomniałam też, że poznaliśmy się w momecie, kiedy Irek zgubił portfel z dokumentami właśnie gdzieś w okolicach Nicei.
Na campingu podczas mojego meldunku recepcjonista wspomniał, ze ktoś znalazł portfel i zadzwonił do nich, gdyż w portfelu była wizytówka campingu. Powiedział mi o tym. Też byłam z Polski i też na motocyklu. Ot, taki zbieg okoliczności. Irek, klął na wejsciu, bo jak wpadł na camping, jeszcze nie wiedział, że jego portfel i dokumenty zostały znalezione. W trakcie swojej wycieczki tego dnia zorientował się, że dokumentów nie ma i pół dnia stracił na ich poszukiwanie…
***
Statek odpłynął. Ostatnie spojrzenie w pieczątkę w paszporcie i dostojne szczyty, z których przed chwilą zjechałyśmy. Uśmiechy kilku motocyklistów, zmierzających w tym samym kierunku i meldowanie w kajucie. Pożegnanie z Montenegro i całą południowo-wschodnią Europą. Następna pobudka już za Adriatykiem, na zachodzie… we Włoszech.
To niesamowite, codziennie budzić się i zasypiać w innym kraju. Na dobrą sprawę tak zaczęłam traktować podróż Riding Across. Niestety, zbyt mało czasu spędzałyśmy w każdym z państw, zbyt duży pośpiech na powolnych motocyklach. I te sprawy rodzinne współtowarzyszki, które dodatkowo napędzały wyjazd. Wielki niedosyt pozostał. Wiem, że ten częściowy przejazd przez Bałkany był pierwszym etapem czegoś większego… (To własnie wtedy urodził się w głowie pomysł na wyjazd Szlakiem Południowych Słowian oraz żeby co najmniej pół roku pomieszkać w Czarnogórze – ostatni, wyjazd do Czarnogóry nie skrócił tego czasu 🙂 to bardziej niż pewne, że jeszcze tam wrócę – dopisek 2025)
***
Bo.. czy ja nie mówiłam Jurkowi tuż przed wyjazdem, że nie pojechałabym z obcym facetem dookoła Europy? W sumie chyba nadszedł ten moment, że powinnam cofnąć te słowa.
Choć w podróży byłam już 2 tygodnie, nie czułam wyjazdu. Chociaż jakby nie patrzeć w towarzystwie innej motocyklistki zjechałam Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię, Macedonię, Albanię, Czarnogórę, Włochy i nawet liznęłam Francję.
Nie ma co rozwodzić się na temat tego, co się wtedy wydarzyło, ot wspólne kilometry pokazały, że mamy odmienne podejście do wyjazdów. Jakkolwiek nie patrzeć znalazłam się na campingu w Latte i na dobrą sprawę dokładnie tu rozpoczęła się wyczekiwana przygoda.
Wieczór na polu…
Siedząc i popijając niedobre francuskie piwo marki xy, oczywiście 0,3 rozmawiałam z Kazikiem (dzięki Bogu, że on jest!!) na skype. Godzinna dyskusja. Zastanawianie się nad minionymi kilometrami. O tym, co się do tej pory wydarzyło oraz o tym co właściwie się nie wydarzyło.
Na ten cały galimatjas w dość w subtelny sposób przerywając rozmowę wpada On. Od progu zaczął rzucać mięsem, do tego po Polsku. Kazikowi zdążyłam tylko rzec – zdaje się, że dziś wieczór będę mieć towarzystwo…
Wbrew pozorom nie będzie to historia o wielkiej miłości na campingu w Latte. Nie będzie to też historia o miłości życia. Właściwie w ogóle nie będzie to historia o miłości.
Fakty mówiły same za siebie. On miał kuchenkę gazową i chleb, ja miałam kawę i konserwę. Za to obydwoje mieliśmy wisielcze humory. Bez słów było wiadomo, że ten wieczór spędzimy razem.
– Co to jest w ogóle za motocykl? Tym, co jeździsz.
– Suzuki Van Van. Zakupiony tylko i wyłącznie na potrzeby tej wyprawy.
– Dlaczego akurat taki?
– Nie chce mi się o tym gadać, tak czy owak… Na co dzień jeżdżę Fazrem
– Ooooo ja też! Który rocznik?
– 99 ale już z tą nową owiewką, wymieniona!! Pewnie ktoś miał konkretnego dzwona, ale nie narzekam na sprzęt.
– Ooooo ja też mam 99 – tak… i co jeszcze… – ZK to Koszalin no nie?
– Tak Koszalin! – może mi zaraz jeszcze powie, że jest z Koszalina….
– Mieszkasz tam?
– No w zasadzie to w Szczecinie mieszkam. Tzn… mieszkałam. Teraz to może w Górach Stołowych mieszkam? Skomplikowane to pytanie. Ale upraszczając. Tak pochodzę z Koszalina.
– No kurcze, studiowałem tam… – no kucze, nie wierzę.
– I może mi jeszcze powiesz, że do Kreski chodziłeś?
– No! Kto nie chodził?
– Kurcze wiesz co… pracowałam tam 5 lat.
– O jaaaa a Marek? Krzysiek? Docent? Dalej tam pracują?
– Szefy moje!!
Jednym słowem na nasze wisielcze humory wylała się kupa śmiechu. Klimat campingu sprzyjał a milion tematów do dyskusji przyszło zupełnie z nikąd.
– Wiesz co? Hmmm a w zasadzie, to gdzie Ty jutro jedziesz?
– W zasadzie to hmmm…. – to jest ten moment, w którym mogę z czystym sumieniem powiedzieć – jeszcze nie wiem a Ty?
– Ja jutro uderzam do Cannes i Trasą Napoleońską w górę. To co? Jedziesz ze mną?
– Wiesz co… może i bym pojechała? Albo…a rano Ci powiem. – w sumie to był dobry moment, żeby wziąć sprawy w swoje ręce.
Miałam nie lada dylemat. Czy jednak zacisnąć zęby i pojechać dalej z planem wyprawy? Czy mówiąc dosłownie … znów być sobą i w wielkim stylu pojechać w nieznane?
Wreszcie zaczęłam być w tym punkcie, w którym sytuacje stwarzają się same. Brak planu jest tak oczywisty, że nawet nie zamierzam szukać jakiś sensownych punktów z programu. Z perspektywy czasu wiem jedno. To była najlepsza decyzja, jaką mogłam wtedy podjąć.
Przede mną była jeszcze rozmowa służbowa i oficjalna rezygnacja z projektu. Już wiedziałam, że decyzji nie zmienię.
Czas działać
Zaczęłam korzystać z miejscowych uroków. Po pierwsze miejscowa kawa (choć już nie tak smaczna, jak z włoskiej kafeterii). Po drugie kąpiel w Morzu Śródziemnym, po trzecie… zdjęcie z palmą! Czyli nawet szybko wyklarował się zalążek planu. Towarzysz podróży? Sam się znalazł.
– No to jak kolego? Idziemy się kąpać w Morzu Śródziemnym?
– W sumie… gdybym był sam pewnie bym się nie kąpał. Ale tak? Czemu nie!
Pojechali…
Trasą napoleońską i jeszcze kawałek dalej. Tak po prostu. Wstaliśmy, zapakowaliśmy rzeczy na moto i ruszyliśmy przed siebie. Na dobrą sprawę trochę znanymi drogami. Znów przez Monte Carlo i Niceę. Padła decyzja, że jedziemy razem i tak się stało. Nie było czasu na zbędne ceregiele i zastanawianie się, ale czy aby na pewno przypadkiem mogę jemu zaufać? A czy nie jest to jakiś psychopata, który mnie zaciągnie za róg? Po prostu rzeczy zaczęły na bieżąco dziać się same i nie było w tym nic złego, a wręcz przeciwnie.
Irek miał GPS i prowadził. I nie wiem dlaczego, ale jakoś jego GPS ani nas nie wyprowadzał w maliny, ani co ważniejsze, mnie nie wyprowadzał z równowagi. Choć owego ustrojstwa nie lubię, bo uważam, że odbiera wiele przyjemności z jazdy w nieznane. Oprócz GPS, mieliśmy też szczegółową mapę. A ta była bardziej klimatyczna, bo… wydrukowana z google maps. Ogólny zarys odcinka mieliśmy, przynajmniej tego początkowego. Pierwszy cel? Oczywiście obiecana i wyczekana kąpiel w Morzu Śródziemnym, zdjęcie z palmą i… Castellane.
Na wysokości Cannes odbiliśmy na północ
Serpentynami wjechaliśmy ponad miasto i… wreszcie zrobiliśmy razem „wow”. Z tej perspektywy, bezpiecznej odległości lazurowe wybrzeże wyglądało zdecydowanie lepiej. Kurcze. Tu jest naprawdę ładnie i tak sobie myślę, jak to się stało, że tego zachodniego piękna wcześniej nie dostrzegałam?!
Castellane to całkiem interesująca miejscowość u podnóża skał. Nazwa tejże miejscowości też nie jest przypadkowa, bo na szczycie jednej z owych skał wzniesiono kapliczkę. Widok nieziemski trochę tajemniczy i mistyczny. Znalezienie pola namiotowego okazało się prostsze, niż mogło nam się wydawać, bo trafiliśmy na nie dokładnie w centrum owej wioski. Szukając miejsca na rozbicie namiotu, wpadliśmy na innych podróżników GS-em. Małżeństwo z Niemiec. Biegle mówili po angielsku, więc wiadome było, że wieczór spędzimy z nimi. A tematów do rozmów nie zabrakło… Po wieczornej integracji przy motocyklach przyszedł czas na regenerację sił i sen.
Noc była nieziemsko zimna. W sumie hmmm.. mogłam się tego spodziewać szczególnie, że byliśmy ponad 1000 m n. p. m. Z wielkiego lenistwa nie skorzystałam z toalety przed pójściem spać. Oczywiście w środku nocy musiałam się przebudzić, a jak się domyślacie toalety, jak na złość, były dokładnie na drugim końcu pola. Co za pech.
Wszechobecne zimno było jak najbardziej wytłumaczone, bo oprócz wysokości na jakiej się znajdowaliśmy, była już druga połowa września a my odbijaliśmy ze słonecznego południa na północ i to jeszcze górami. Już wiedziałam, że kolejne dni spać będę… w niezawodnych jak dotąd motoCiuchach. Rano szybkie śniadanko, słynna kawka z czajniczka – naszego towarzysza podróży i ruszyliśmy dalej szlakiem Napoleona.
Alpy są zupełnie inne…
Nie wiedziałam, że urzeknie mnie Europa południowo-wschodnia bardziej niż zachód. Alpy okazały się takie… hmmm przeciętne? Może też dlatego, że byłam już przyzwyczajona do podobnego widoku gór. Niestety nic a nic nie było w stanie przebić widoków, które ujrzałam w Bułgarii, Macedonii, Albanii czy Czarnogórze. A przecież Alpy też mają swój wyjątkowy urok. Wreszcie było widać, jak pogoda ma wpływ na otaczający krajobraz. W Bułgarii, Macedonii czy Albanii było po prostu upalnie, bezchmurnie. W Alpach od razu można było odczuć, że za górą czai się inna pogoda 🙂
Jechaliśmy powoli, tzn. powoli jak na GS-a. Właściwie to cieszyłam, się że Irek dotrzymywał tempa, nawet nie narzekał. A jak wyrwał do przodu, to i tak miałam dziwne przeczucie, że nie zostawi mnie z Van Vanem gdzieś na skrzyżowaniu.
Drugiego dnia wspólnej jazdy ustaliliśmy jednak, że prowadzić będę ja, z racji na trzymanie tempa a Irek będzie wcześniej sygnalizował kierunek trasy. I przyznać muszę, że jechało się wzorowo. I to nawet Van Vanem 🙂 Fakt, że prędkość w dalszym ciągu nie była zawrotna. O ile na prostych trzymaliśmy się 80-90 km/h, to jednak podjazdy pod górę spowalniały mnie często i do 40 km/h. To właśnie wtedy, Irek z szyderczym uśmiechem i wypisanym na kasku „teraz jadę poszaleć a ty się katuj” wyrywał do przodu, ale za górą spokojnie czekał, aż się do niego dotoczę.
Jechaliśmy, jechaliśmy i pokonaliśmy trasę napoleońską poprzez Sisterson, Gap, Crops, La Mure do Grenoble. Krajowa, dość słynna droga RN-85 jest malownicza i urocza, że nie dało się ot tak, przejechać jej bez przystanku. Co chwila przerwa, nasycenie widokami, kilka zdjęć i znów w drogę. Dłuższy przystanek zrobiliśmy nad i to dosłownie nad jeziorem Lac de Sainte-Croix. Tutaj zadzwoniłam też do domu, by podzielić się wieściami jak sympatycznie włóczy się tymi francuskimi drogami i to w doborowym towarzystwie.
Dalej już głównymi drogami uderzaliśmy w kierunku północy. Przyznam, że nazw wszystkich miejscowości i dokładnej trasy nie pamiętam, mogę jedynie plunąć sobie w twarz, że nie spisałam tego wcześniej. Ale są wydarzenia, których nie zapomnę..
Tego dnia pokonaliśmy około 300 km i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że przeprawa należała do powolnych i krajoznawczych. Zreszta jakoś nie było nam spieszno, przynajmniej za dnia. Niestety mieliśmy problem ze znalezieniem campingu. Dopadł nas zmierzch. A po wczorajszym wpadnięciu na pole namiotowe, nie przewidzieliśmy, że sytuacja może się odwrócić i to jak na złość dokładnie o 180 stopni. Błądziliśmy i szukaliśmy miejsca do spania, momentami nawet traciliśmy nadzieję, że cokolwiek znajdziemy. Było na tyle kiepsko, że zbliżała się północ a my cały czas włóczyliśmy się między miejscowościami. Nie było nawet mowy, by rozbić się gdziekolwiek na dziko, bo w granicach horyzontu wszędzie otaczały nas światła miast. A na domiar złego w Van Vanie zapaliła się rezerwa.
Camping Le-Champ-Pres-Frogres – zbawienie i ratunek
Wspomniana rezerwa, zmęczenie oraz mrok sprawiały, że tego dnia na prawdę mieliśmy dość. Wpadliśmy do ośrodka, ale… okazał się zamknięty. Właściwie dziwne to było, bo za płotem stało mnóstwo camperów. Wreszcie jeden z gości otworzył nam bramę. Jak się okazało właściciele są, ale już śpią. Bramy są zamykane po 22 i po tej godzinie goście nie są przyjmowani. Ci, którzy są zameldowani otrzymują klucze w formie karty, by móc swobodnie wchodzić i wychodzić za bramę. Te ograniczenia oraz podejrzany luksus trochę nam śmierdziały drożyzną, ale nie mieliśmy wyjścia… Podjęliśmy decyzję, że zostajemy tu, a rano będziemy tłumaczyć właścicielom ośrodka skąd się tu wzięliśmy i pytać o cenę. Tym razem dość szybko padliśmy do namiotów, choć standardowo nie obeszło się bez wieczornych rozmów.
Obudziliśmy się wcześnie i rządni kolejnych przygód zaczęliśmy szykować się do kolejnej trasy. Irek miał problem z odpaleniem Słonika, zresztą już wcześniej pojawiały się znaki, że mogą być kłopoty. A wieczorem tłumaczyłam, że nie ma sensu, by oświetlał nam pole na rozbicie namiotu. Nie słuchał. Na domiar złego rano okazało się, że nie odłączył iPoda od prądu. A to pech. W tym momencie przypomniałam też sobie, kiedy dzień wcześniej pod sklepem zauważył znaczne braki oleju w silniku. Swoją drogą… wielkie „wow” i wielki szacun, bo okazało się, Słonik potrafi jechać po prostu… bez oleju 🙂
Natomiast przyznam też, że po ciuchu trochę śmiałam się z jego perypetii, bo jak nie olej, to akumulator… cały czas z tym moto coś się działo. A śmiałam się tym bardziej, bo zazwyczaj to mi zdarzały się jakieś dziwne akcje. A to powrót na łysej oponie, a to bez klamki hamulca, a to znów gdzieś śruby pogubiłam. Tym razem, o dziwo, to ja byłam tą ogarniętą, a Irkowi cały czas „coś”.
Z problemem braku prądu nie zostaliśmy sami
Nasi sąsiedzi, którzy w nocy otworzyli nam wrota i tym razem pomogli. Kolega z namiotu obok bez żadnego zastanowienia podjechał autem i chłopaki kablami uraczyli Słonika dawką prądu. Ja, w tym czasie, poszłam płacić za nocleg a tu znów miłe zaskoczenie. Koszta nie przekroczyły naszego założonego limitu. Spakowani, wypoczęci i pełni energii ruszyliśmy dalej. Pierwszy przystanek? Stacja benzynowa… i tak już podejrzanie za długo jechałam na rezerwie.
Pojechaliśmy… no właśnie, gdzieś tam przed siebie. I tu znów dokładnie trasy nie pamiętam. Mam cichą nadzieję, że Irek uzupełni moje braki w komentarzach. W końcu on nawigował. Jeździliśmy bocznymi drogami, by poczuć miejscowy, codzienny klimat. Kiedy sięgnę pamięcią wiem tyle, że wpadliśmy w winogronowe zagłębie. Małe, urocze a przede wszystkim zadbane wioski, gładki i czysty asfalt. W międzyczasie znów sklep i zakup miejscowych specjałów na wieczorną wyżerkę. Bagietki, ser pleśniowy, winko – koniecznie różane i śmierdząca szynka. Dalej przed siebie i korzystanie z życia! Kolejne długie kilometry, nieplanowana wizyta nad jeziorem i w jachtowym porcie – Le Grand Lac. Miejsce z drogi wyglądało kusząco, więc po prostu tam zajechaliśmy. Irek postanowił się jeszcze wykąpać a ja skorzystałam z miejscowej restauracyjki i wypiłam kawę, choć ta też nie była tak dobra, jak prawdziwa z włoskiej kawiarki.
Znów góry, winkle i trafiliśmydo miejscowości, której nazwy z Irkiem za Chiny nie mogliśmy sobie przypomnieć. Prawdopodobnie było to Malbuisson, ale żadne z nas głowy sobie za to uciąć nie da.
A właśnie akurat na tym niepamiętnym campingu przypomniał mi się pierwszy wypad do Francji z 2004 roku. Kiedy T4 z Darkiem, Krzyśkiem i Encą atakowaliśmy Normandię i Zamki nad Loarą także kończąc w Monte Carlo. Niesamowite. jak w różnych okolicznościach, potrafią wracać wspomnienia. Zresztą cały dzień był podejrzanie refleksyjny. Rozbiliśmy namioty, wypraliśmy się i urządzając wielką francuską ucztę znów zasiedliśmy do tych długich wieczornych rozmów. To był udany dzień…
Rano, już standardowo (chyba weszło nam w krew) pakowanie, zwijanie namiotu, ostatnie spojrzenie na miejscowe widoki i dalej przez Pontarlier wzdłuż granicy ze Szwajcarią obraliśmy ster na północ. Choć plany były zupełnie inne, to jednak, szybka decyzja i… odwiedziny w Szwajcarii. Nauczona południowo-wschodnim doświadczeniem, trochę obawiałam się podróży bez winiety. Mandaty w Szwajcarii są wyjątkowo drogie, ale z drugiej strony? Już i tak miałam tyle szczęścia w tej podróży, że postanowiłam ten ostatni raz zaryzykować. Być tak blisko Szwajcarii i nie zajechać? Grzech! Cel – jeziorko w Neuchatel.
Nieziemsko czysta, krystaliczna woda, w oddali Alpy. Piknik na brzegu jeziorka.
Znów ster na Francję
Granicę przekroczyliśmy w Biaufond. Jechaliśmy malowniczymi wąskimi, oczywiście bocznymi drogami, czyli dokładnie tak, jak lubię najbardziej. Z dala od szumu dużych, zatłoczonych miast i autostrad. Wjazdu do Francji nie zapomnę długo. Cięliśmy wzdłuż górskiego potoku. Z oddali wyłaniały się pojedyncze chatki. My, przebijaliśmy przez graniczny most. Dołem rzekli płynęli wędkarze i serdecznie się uśmiechali. Jechaliśmy serpentynami, co chwila się zatrzymując, robiąc foty, kręcąc filmy. I te składanie w zakręty. Tak na dobrą sprawę, to Van Vanem całkiem fajnie trenowało się winkle. Motocykl sam w sobie lekki, ale załadowany tył, pozwalał swobodnie i pewnie pochylać się coraz niżej i niżej asfaltu.
Wieczorną porą znów zaczęliśmy poszukiwać noclegu a tu kolejna niespodzianka. Woda, która na naszej googlowej mapie wyglądała na wielkie jezioro, okazała się… sztucznym zbiornikiem z zaporą wodną. A przy okazji, zupełnie nieplanowanie, znaleźliśmy się w historycznym miejscu… na linii Maginota.
Okazało się, że po francuskiej stronie nie ma szans na camping, więc na ostatni nocleg trafiliśmy do Niemiec. Wylądowaliśmy w Riegel. Ojjj, od wejścia było czuć niemiecki porządek. Przyznam, że trochę obawiałam się tego ładu. Może przez to, że mieszkając w Szczecinie, czy Koszalinie, Niemcy miałam na wyciągnięcie ręki? Zresztą odwiedziny u naszych zachodnich sąsiadów nigdy nie były dla mnie jakąś wielką atrakcją. Chociaż z drugiej strony, w południowe rejony zabłądziłam po raz pierwszy. Może jeszcze zmienię zdanie? Właściwie, to po głębszym zastanowieniu doszłam do wniosku, że bardziej niż Niemcy dobijał mnie fakt, że powoli zbliżam się do Polski a jednocześnie końca wyprawy. Jutro drogi rozjadą nam się na przysłowiowe amen.
Przed nami zielona noc. Ostatni wieczór przy czajniku – słynnym towarzyszu tej wyprawy. Kolacja z zapasów i wspominanie tego, co się do tej pory wydarzyło. Zerknęliśmy na GPS, zapisałam trasę powrotną do Polski. Znów miałam dylemat, czy jechać byle po prostej i byle jak najszybciej na północ, czy może jeszcze pobłądzić. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Choć wiedziałam, że wyprawa dobiega końca, cały czas czułam niedosyt. Może dlatego, że najgorzej rozstawać się, w najfajniejszych momentach? Po bitwie z myślami postanowiłam nie rezygnować z dalszego wyjazdu już w swoim kierunku. Trasę obrałam lekko bocznymi drogami i lekko na okrętkę. Zapisałam pierwsze miejscowości, na które miałam się kierować i pożegnaliśmy dzień.
Rano, jeszcze razem, ruszyliśmy do pierwszego ronda. Już mnie nie dziwiło, że człowiek na środku wysepki sprzedający owoce i domowe przetwory, okazał się Polakiem. Za to, jak wdaliśmy się w dyskusje, przekonał nas, że wybraliśmy dobry dzień na wyjazd. Południowe Niemcy czekały na przyjazd papieża, a w gazetach zostało zaznaczone, że na dniach drogi będą pozamykane. To byśmy się zdziwili, gdybyśmy zabalowali dzień dłużej… 🙂 Tak czy owak, nadszedł moment rozstania. Zrobiło się trochę smutno, nawet bardzo. Kolejny etap podróży zakończył się…
5 dni później
Bo z Irkiem spędziliśmy pięć intensywnie motocyklowych dni. W miarę zbliżania się ku północy nie chciało się rozstawać. Tak właściwie, to w trakcie tych kilku dni on też pozmieniał swoje wyprawowe plany. Moment rozjazdu odwlekaliśmy do granic możliwości. Po prostu dobrze się razem jechało, wieczorem gaworzyło o życiu i śmierci a rano znów ruszało w drogę. Miła odmiana po wcześniejszych przygodach. Gdzieniegdzie w myślach, pojawiały się pomysły na kolejne wspólne wyjazdy. Zdaję sobie sprawę, że nie będą takie jak ten, ale bez wahania wiem, że jeszcze gdzieś z Irkiem pobłądzę po świecie… (spotkaliśmy się jeszcze raz w 2017 roku w Adlizgraben – dopisek z 2025 roku)
Irek zawinął rogala na Francję a ja poleciałam prosto, a właściwie na wschód. Zostałam sama ze sobą… no i tym przeklętym Van Vanem, na dodatek bez mapy. Do najbliższej stacji benzynowej miałam kilkadziesiąt kilometrów.
– To co Frytarda? Plan na dziś jest taki. Kupujesz mapę Niemiec, tankujesz i… ? Zdecydowanie mam ochotę na jakiegoś śmiecia i kawę. – Czyli tak, pojadę do Maca… A potem? Się zobaczy… – jak pomyślałam tak zrobiłam…