Zima odeszła równie szybko jak przyszła. I jakimś trafem dokładnie w Pierwszy Dzień Kalendarzowej Wiosny miałam możliwość przepędzić Dziadka Fazerka po dawniej znanych rejonach. W ostatnich miesiącach pomiędzy zimą a wiosną wydarzyło się całkiem wiele. I nie była to planowana wyprawa do Afryki i Maroko ani jakkolwiek inny desant w ciepłe kraje. Nie do końca motocyklowo. Nawet z wyprzedzeniem wiedziałam, że okolic Wielkanocy nie spędzę znów gdzieś na Bałkanach, włócząc się z Cyferką i Busem Pełnym Przygód. Mimo wyjścia z tej wcześniejszej harmonii początek wiosny stał się na swój sposób wyjątkowy z innych względów…

Historia dziadka Fazerka

Dziadek Fazerek od dawna nie jeździł, a rozgrzebany stał co najmniej od sierpnia 2025 i co rusz ukazywały się nowe smaczki. Jego postój bardziej przywoływał myśli o sprzedaży niż powrotu na drogę. Patrząc na ogłoszenia podobnych egzemplarzy na necie, opadały mi ręce i klęłam w duchu, że chyba spóźniłam się z tym remontem. Nie jedna osoba wspominała, że nie ma sensu brnąć w naprawy. Tylko że Fazerek od początku zakupu dostał u mnie dożywocie. Ale w obecnych realiach rzeczywiście z punktu widzenia ekonomicznego mogłoby wydawać się to nierozsądne. Nie był to jednak jedyny czynnik dyktujący decyzję. Przede wszystkim nie zrealizowaliśmy jeszcze wszystkich wspólnych pomysłów wyjazdowych. A ile warta byłaby Pracownia Spełniania Marzeń, gdyby pomysły umierały przed realizacją? Świat się zmienia w szybszym tempie. Niedługo takie analogowe egzemplarze odejdą w niepamięć wyparte przez nowoczesną motoryzację do muzeum albo prędzej do zapomnianych archiwów Internetu.

Po dłuższej przerwie wsiadając na Fazerka ogarnęła mnie jakaś szalona radość. Trochę jak po zakupie, trochę jakbym wsiadała na zupełnie nowy sprzęt.

Pierwsze uruchomienie Białego Koguta

Nie każda gleba kończy się szybkim podniesieniem, strzepnięciem i dalszą trasą. A co jeśli dopiero po 4 miesiącach możesz ledwo zacząć myśleć o powrocie na moto? Sebastian ostatnimi czasy wciąż walczył o sprawność nogi po felernym upadku w tajemniczych lasach Bornego Sulinowa. A Białego Koguta czekała naprawa połamanej owiewki i pierwsze uruchomienie od pamiętnej gleby.

Ten weekend należał do nas. Na dzielni, z pozoru znajomych rejonach. Z cichą dedykacją dla wszystkich, którym z różnych powodów ciężko jest wyjść z domu… albo dla tych, którzy jak niegdyś ja, nie czuli przyjemności w kręceniu się wokół komina. Droga. Przecież nawet w bliskiej oddali wszystko może się skomplikować lub zepsuć równie spektakularnie jak w dalekich rejonach a przygoda czyha tuż za zakrętem.

Dzień 1 / W stronę Drawska

Przed nami rozwijała się flagowa trasa rejonu. Z Koszalina przez wyremontowaną autostradę tychowską dalej możliwie bocznymi drogami do Połczyna Zdroju. Pomysł wiosennej przejażdżki zakładał objechanie Drawskiego Parku Krajobrazowego i kolejno przez Czaplinek i Szwajcarię Połczyńską. Powrót po latach, do tego na Fazerku! I pierwszy wspólny wyjazd.

Pogoda nie sprzyjała jakoś specjalnie, choć prognozowano absolutne minimum, jakim jest 10 stopni i słońce. Trasa jednak szybko pokazała, że gdy tylko słońce schowa się za kurtyną ciężkich chmur, zima jeszcze nie do końca odpuściła.

Dzień 1 / Przystanek bruk

Przez kask uśmiechałam się do siebie ukradkiem, przypominając dzień, w którym przeklęłam bruk. A jednak nawet po latach dałam się nabrać. Na bruku niezmiennie w dupę dostaliśmy wszyscy. Opony, felgi, zawieszenie, rama, łożyska, kiera, kierowca. Tyłek, ręce, mięśnie, stawy, nadgarstki, mogłabym wymieniać bez końca. Bruk niczym kara… Tęskniłam za piachem. Po kilku metrach wróciła do mnie pierwsza dalsza podróż przez Polskę na Virago 535 z plecakiem i bagażami w dwutygodniową trasę. Wtedy, gdzieś w okolicach centrum Polski myślałam, że na brukowych trzęsawkach zgubię połowę motocykla, bagaż i plecaczka. Ponad 15 lat później nie było lepiej. Co jakiś czas, tylko zerkałam, czy Sebastian wciąż za nami jedzie… Później jeszcze kilka razy przeklinał, że się zgodził na ten fragment. No jasne, że można było ten odcinek ominąć, albo zawrócić, ale przecież nie będziemy wracać tą samą drogą…

A nim asfalt się znów wyłonił długie i wyjątkowo niewygodne 4 km dały w kość, szczególnie tę złamaną. Krótki przystanek w Czaplinku, tankowanie, szybki obiad i próba zmiany biegu wyjazdu, po nieprzyjemnym bruku.

Dzień 1 / Niechciany remont

Nawet się udało, choć nie przez Szwajcarię. Tuż za Czaplinkiem okazało się, że właśnie ten wyczekiwany odcinek między Połczynem a Czaplinkiem był jeszcze w remoncie. Zapewne motocyklami dalibyśmy radę przebić się przez roboty drogowe. Albo zlać z lokalsami, którzy najpewniej jakoś pokonują tę część, by dostać się do domu. Jednak po felernym bruku, który zepsuł nam chęci wjeżdżania w wątpliwej jakości trasy, nie chciało się jechać w środek remontu. Pojawił się niedosyt nawinięcia przyjemnych kilometrów, gdzieś na bocznych drogach między lasami, ale tego dnia asfaltem.

Dzień 1 / Barwice i Koszalin

Na ratunek przyszła lokalna nitka w stronę Barwic, choć początkowo trzeba było przebić się przez wahadłówkę na wyjeździe z miasta. Warto było, dalsza część okazała się wyremontowanym, widokowym i mało uczęszczanym odcinkiem. Gdzieś po naszej lewej stronie za pagórkami chował się Zamek Drahim, odwiedzimy go następnym razem.

Wróciliśmy wyraźnie zmęczeni po pierwszej dość długiej i nieoczywistej przejażdżce. A na dodatek bez realizacji głównego gwoździa programu planowanej trasy! Marginalna pogoda i słońce chowające się za kurtyną z grubych chmur znów przypomniały, że to dopiero początek wiosny a Zima wciąż dyktuje warunki. Pękło ponad 210 km, które po odczuwalnej przerwie i chowającym się słońcu odbierały odrobinę przyjemności. Mnie niezmiennie ratowały grzane manetki, Sebastiana dobre owiewki na kierownicy. Nieprzypadkowo zaplanowana trasa pozwoliła na nocleg w koszalińskiej bazie i start w kolejną flagową trasę rejonu kolejnego dnia.

Jeszcze wieczorem przygotowaliśmy kilka opcji. Wersje krótsze lub dłuższe, biorąc pod uwagę pogodę. Miała być flagowa runda rejonu połączona z wycieczką krajoznawczą, ale przede wszystkim kolejne kilometry w kołach. Ten ostatni punkt szczególnie istotny dla Sebastiana i Koguta, którzy oswajali się na nowo po felernym upadku. Zresztą dla mnie i  Fazerka chyba też? Po ostatnich serwisach i zmianie opon szukaliśmy własnej przyjemności z jazdy, bez awarii w tle i uczyliśmy siebie na nowo.

Dzień 2 / Pierwszy przystanek – Bobolin i Bunkry na plaży

Drugiego dnia pogoda zdecydowanie bardziej sprzyjała i brak jakiejkolwiek chmurki na niebie od samego rana potwierdzał, że to dobry dzień na jazdę. Bez pośpiechu wystartowaliśmy i kierowaliśmy się w stronę Darłowa. Początkowo naszym punktem orientacyjnym tej części trasy miał być Port w Darłówku Wschodnim, kilka kilometrów wcześniej zjechaliśmy w stronę Morza Bałtyckiego na Bunkry w Bobolinie i to zaspokoiło widok wody. Brak ruchu przed sezonem, prawie pusta plaża i jeszcze niepisana możliwość podjazdu prawie pod sam pod brzeg. Tym widokiem udało się nasycić oko, nim z końcem czerwca plaża pokryje się dywanem z ręczników i powstanie miasteczko z parawanów. To ostatnie chwile na doświadczenie wiosennej pustki bijącej od morza. Wystające spod piachu bunkry na plaży przypominały o historii miejsca.

Dzień 2 / Elektrownia w Żydowie

W dalszym odcinku nie mogło zabraknąć kolejnego charakterystycznego punktu. Czynna elektrownia wodna w Żydowie łącząca dwa naturalne jeziora Kamienne i Kwiecko, oprócz swojej właściwej funkcji na przestrzeni lat stała się ikoną regionu. Ot dla jednych przystanek w trasie nad lub z morza, dla jeszcze innych cel podróży. To głównie widok z góry na najbliższą okolicę odpowiada za niematerialną magię tego miejsca. A już kilka kilometrów dalej w kierunku Bobolic i Drzewian kryła się kolejna wisienka na torcie.

Dzień 2 / Dawna Fabryka Kruszywa w Gołogórze

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam to miejsce jeszcze kilka lat temu, zastanawiałam się, czy powinnam o nim pisać. Wtedy magią i tajemniczością było właśnie to, że tych nieoczywistych rejonów trzeba szukać. Przy odrobinie szczęścia może ktoś gdzieś kiedyś je znał. Jechał jako przewodnik i wskazał punkt zainteresowania. Dziś jest prostsze. Wieczór przed wyjazdem próbowałam przypomnieć sobie lokalizację obiektu…  – To było gdzieś w okolicach Gołogóry…  A na googlowskich mapach pojawiła się dokładna pinezka z opisem i nazwą. W jednej chwili czar tajemniczości i niedostępności sprzed lat prysł.

Na miejscu budynek wciąż robił wrażenie i nawet można znaleźć nowo wytyczone drogi wspinaczkowe.  Po odwiedzinach poczułam, albo tylko się oszukałam, że mimo z pozoru lekkiej dostępności nadal nie każdy tu dotrze…

Kolejnego dnia ostatnie wybrukowane kilometry podjazdu pod fabrykę nie były już przeszkodą, choć zdecydowanie leśny fragment należał do przyjemniejszych. Na koniec podziękowałam Fazerkowi za nowe opony z bieżnikiem, który bardziej odnalazł się w miejscach, jakie lubimy.

Dzień 2 / Jeszcze raz przez Drzewiany!

Wróciliśmy z bocznej drogi na 205. Dalsza refleksja poniosła przez całkiem odrestaurowany asfalt w stronę Drzewian. Nawet dobrze, że nie ma tych dziur. Jakieś 12 lat temu łatwiej było wylecieć z tych kilku zakrętów, które momentami przypominają górskie serpentyny. Dalej z Drzewian do Mostowa ulubionym wąskim asfaltem. Tu trochę zmian, choć wąski asfaltowy odcinek wśród lasów pozostał. Raz mniej innym razem bardziej dziurawo. Właściwie ta subtelna zmiana nawierzchni dokładnie obrazowała, gdzie kończyły się lokalne fundusze…

Stosunkowo niedawno otwarta eSka na odcinku Bobolice — Koszalin pozostawiła głównie lokalsów na drogach. Cały turystyczny, ciężki transport i zapracowani ludzie w delegacji przenieśli się na nową trasę, bo i po co utrudniać sobie codzienność. Nawet ostatnia zima pokazała, że stara 11 spadła na dalszą kolejkę do odśnieżania. Droga naturalnie zwolniła i opustoszała. A jeszcze tak niedawno można było w niedzielny słoneczny wiosenny dzień spodziewać się sznurku aut w drodze na Bałtyckie Morze.

Szkoda tylko, że stacja paliw w Klisznie nie ma w ofercie burak burgerów,  to zepsuło  odrobinę bieżące plany obiadowe. Bliskość koszalińskiej bazy jednoznacznie rozwiązała kłopot i zatoczyliśmy koło, nawijając kolejne 160 km. Motóry powędrowały do garażu spać, a my zakończyliśmy dzień pyszną  późną kolacją, na którą warto było czekać.

Udany powrót do korzeni…

Znajome rejony po ponad 16 latach pokazały swoje nowe oblicze. Miejsca, które niegdyś potrafiły nudzić, a jednocześnie trasy, dzięki którym to wszystko się zaczęło.  Nie tylko droga się zmieniła, krajobraz trochę też. Nowe domy, nowe drogi. Jechałam nie ze strzępkiem kartki i numerem drogi a ucząc się nowo nabytego GPSa z trakiem wytyczonym wcześniej. Z melodią w tle. Ale już nie śpiewałam piosenek pod kaskiem, tylko testując intercom, rozmawialiśmy z Sebastianem w czasie jazdy.

Leżąc w chacie w niedzielne popołudnie, jeszcze mocniej poczułam, jak wiele czasu upłynęło od ostatniego zatracenia w tych rejonach. Przecież dziś, nawet trudniej jest się zgubić na rozdrożu. Mogłabym cofnąć się pamięcią do Frytaliów z 2009 rok, gdzie Feldek przeklinał dziurawy asfalt w stronę Kręgu, jadąc na swojej Virago 535 z wydłużonym widelcem. Albo do tych nieznliczony nocnych powrotów z Tychowa do Koszalina. Przywołując z zakamarków głowy dawne historie. Ciekawe czy wszyscy mieszkańcy, ci, którzy na co dzień korzystają z tych dróg zapamiętali dzień, w którym wyremontowano trasy i powstały nowe domostwa, wycięto drzewa, zagospodarowano teren… ?

Tylko Fazerek, choć po remoncie jakby bez zmian. Trytki na owiewce, stare zadrapania po wcześniejszych glebach i parkingówach, jakaś zardzewiała śrubka niczym znamiona upływającego czasu. A jednak kolejny raz bezpiecznie przewiózł nas, zostawiając echo tych wspólnych kilometrów… 


W czasach ciasteczek, nie mam wpływu na to co dzieje się na zapleczu w silniku strony, czy przeglądarki albo urządzeń z których korzystasz, ale osobiście nie gromadzę i nie wykorzystuję Twoich danych. Nie gromadź i nie wykorzystuj moich. Cytaty, zdjęcia i co nie moje publikuję z poszanowaniem autora. Teksty na stronie są moją własnością, Chcesz je wykorzystać? Śmiało, ale nie zapomnij dodać, kto jest autorem.

Obserwuj

Rozszyfruj i pisz

contact malpa talesbytherodise eu